Trening

Złodziej koron… czyli… walka na segmentach trwa

Brak komentarzy

Jestem złodziejem koron and I think it’s beautiful… 🙂

A tak na serio, to nie napiszę nic zupełnie nowego, ale tak pod wpływem chwili postanowiłem się podzielić wrażeniami na temat walki na segmentach Stravy po kilku tygodniach od odkrycia tego wirtualnego challenge’u.

Jak pisałem tutaj to moje odkrycie z początku kwietnia, gdzie w nowej biegowej rzeczywistości bez zawodów i realnej rywalizacji, wirtualna zabawa stała się zarówno drogą do celu, jak i celem samym w sobie. Celem jakim jest nabicie jak największej ilości rekordów na segmentach Stravy, a drogą –  mozolne kolekcjonowanie kolejnych zdobyczy. Otóż moje nowe „biegowe ja” to złodziej wirtualnych rekordów. Wkręciłem się strasznie. Do tego stopnia, że potrafię planować trasy treningów na 2 dni przed i ustawiać kolejność ataków na konkretne segmenty tak pieczołowicie, jakbym był zawodowcem przygotowującym się do najważniejszego startu sezonu, a może i życia. I te emocje, lekki stres, uczucie niepewności…  Ale… po kolei:

  1. Cel jest w zasadzie konkretny – chcę mieć 100 koron, czyli być najszybszy na 100 segmentach w Gdańsku. Jest ich pewnie z kilkaset, nie sposób policzyć, ale zrobienie 100 dałoby mi (tak mi się wydaje) swoisty rekord w ilości CRów w  trójmiejskim biegowym światku, a może i nawet i szerszej skali. Zupełnie bez znaczenia…ale w czymś trzeba brylować 😉
  2. Obecnie mam koron 44 (stan na 15.05), więc zbliżam się do połowy, choć na początku kwietnia miałem ich ledwie 9! Dobrze zaplanowane polowanie potrafi zaowocować w nawet 4-5 koronami dziennie. Choć są i dni gdzie wpadnie po 1 lub 2 CRy. Są też dni, gdzie wszystko stawia się na jedną kartę, na atak na koronę koron, a więc nie jakieś tam pitu pitu podbieg 100m w lesie, tylko porządny 1km w prestiżowym miejscu jak górny zbiornik Świętokrzyska. I nie zawsze się udaje…
  3. No właśnie – to uczucie niepewności… Czasem rekordy są dość łatwe do pobicia, ale wtedy to tylko formalność. W dodatku, gdy łup przychodzi bez wysiłku, trudniej z siebie wykrzesać 100% możliwości, a zdobyta korona, choć statystykach liczy się tak samo jak każda inna, to raz, że ma subiektywnie niższą wartość, a dwa, że łatwiej ją potem stracić… No i są też te wszystkie wyśrubowane rekordy. Raz wracasz z tarczą i licznymi zdobyczami przytroczonymi do Twego konia, a innym razem będziesz kładł się spać głodny… Otóż z moim zdobywaniem koron, jest jak z ekspansją Cesarstwa Rzymskiego – rozrasta się, ma coraz większą moc, ale jest już tak duże, że podczas gdy planuje kolejne podboje, jest nieustannie podgryzane tu i ówdzie i musi cały czas bronić świeżo zdobytych terenów. A czasem nawet cofnąć się w głąb swoich prowincji, gdzie wewnętrzna rebelia grozi utratą władzy. Innymi słowy – nic nie jest dane raz na zawsze. Pretendentów do strącenia ze stołka jest cała masa. Młodych, silnych i walecznych… Musisz mieć oczy dookoła głowy i mieć się na baczności cały czas. Nie znasz dnia, ani godziny, gdy Twój kompan biegowy, sąsiad z osiedla lub zupełnie obca osoba nagle odbierze Ci Twoje cenne trofeum i to często prosto pod Twoim domem.  A nic tak nie boli jak utrata korony na swoim terenie…
  4. Planujesz więc odwet. Niczym wojny gangów, niczym sycylijska mafia, która musi się zemścić za utratę wpływów, a przede wszystkim ujmę na honorze. Ktoś Cię przebił o sekundę… Analizujesz więc od razu – gdzie to było? kiedy? jakie tempo? czy było pod górę czy był to morderczy zbieg na zabój…? Sprawdzasz dalej szczegóły… w jakich butach biegłeś? jaka była pogoda…? czy ta żwirowa droga po nocnych opadach była wtedy śliska i zdradliwa? Szukasz starannie w otchłaniach swojej pamięci…Czy teraz warunki są inne i dają inne możliwości? Czy wreszcie pobiegłeś wtedy na maxa? A jaki był Twój max wtedy, a jaki jest dziś? Czy jesteś teraz lepszym biegaczem? Czy stać Cię na jeszcze szybsze bieganie?
  5. No i żeby wziąć odwet musisz być gotowy, musisz być w pełni sił. Byle jakie rekordy można odzyskać łatwo, ale kosztują Cię przede wszystkim czas… Może musisz zmienić plan treningu i zamiast polować na 4 nowe korony w jednej dzielnicy Gdańska, musisz skoczyć 6km w drugą stronę by odzyskać honor. Analiza, kalkulacja… koszt alternatywny…
  6. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Czujesz się mocny, a Twe królestwo rośnie w siłę. Jest tylko jeden problem. Jesteś zupełnie sam. Twoją jedyną bronią są Twoje 2 silne nogi, serducho i pojemne płuca. Nikt Ci w tym nie pomoże. A zdobywanie koron kosztuje i siły i czas. Gdy królujesz już na swoim podwórku, wybierasz się w sąsiednie rejony. Dalej i dalej. I czujesz się zmęczony… To dość nowe doświadczenie, ale kilkanaście kilometrów w średnim tempie 5:00 wygląda na Stravie jakbyś robił sobie spokojne wybieganie na pierwszym zakresie… Ale… pomiędzy były 4 ataki w morderczym tempie. Już pierwsze podejście zakwasiło Cię bardzo mocno. Ale po chwili atakujesz kolejny raz. I tak do upadłego. Czasem musisz odpuścić, czasem po prostu już nie masz sił.
  7. Czy to do czegokolwiek prowadzi? Po części daje masę frajdy i uczucie biegowego spełnienia. Po drugie ten stres i uczucie porażki są nagle nieodłącznym elementem Twojego biegowego życia. To jak gra w grę komputerową – po części w prostą strzelankę, a z innej strony złożoną strategię wojenną. Na jednej płaszczyźnie jest to zabawa zupełnie wirtualna. Mogą Cię zabić i zaczynasz od nowa. Boli, ale nie ponosisz faktycznych konsekwencji poza stratą czasu. Na innej płaszczyźnie zaś, prawdziwa walka toczy się w realnym świecie. Pocisz się, cierpisz, odczuwasz ból, nie możesz złapać tchu… To wszystko się dzieje na prawdę.  I zawsze w końcu znajdzie się ktoś szybszy od Ciebie. Albo sprytniejszy. Czeka tylko na Twój błąd i Twoją zuchwałość…

Tak więc dopóki na horyzoncie widać tylko odwoływane lub przenoszone imprezy biegowe pozostaje nam:

  • zapisywać się na biegi wirtualne, które chyba staną się jakimś rozwiązaniem w obecnym czasie (choć tu nie ma prawdziwej rywalizacji na takich samych zasadach – jeśli masz przebiec dany dystans, ale w dowolnym miejscu w danym terminie – to nie jest rywalizacja. To jest tylko miła zabawa).
  • trzaskać dalej CRy na segmentach do upadłego…
  • można też biegać czysto rekreacyjnie i bez najmniejszej potrzeby rywalizacji… oh wait… to miałoby mi niby wystarczyć?? 🙂

P.S. Jest jeszcze efekt uboczny zbierania koron. Jestem coraz szybszy. Tak mi się wydaje. Dziś rano przebiegłem kilometr w 2:48. (dzięki Antoni i Tomek!). Nie wiedziałem też, że potrafię sadzić susy o średniej długości 187cm. Chyba jednak idę cały czas do przodu… Miło… 🙂

Related Articles

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wypełnij to pole
Wypełnij to pole
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.
You need to agree with the terms to proceed

CRy na segmentach… czyli… cele zastępcze
Bezplan… czyli… o trenowaniu do nie wiadomo czego
Menu