Trening

W zawieszeniu… czyli… o trenowaniu w trudnych czasach

Brak komentarzy

Długo się zbierałem do napisania czegoś, co oddałoby moją ocenę sytuacji, ogólne samopoczucie  i pomysł na to, jak sobie radzić z tym wszystkim. Zbierałem się tak długo, bo za każdym razem, gdy o tym myślałem, dochodziłem do smutnego wniosku, że nie da się nic sensownego powiedzieć, bo albo już wszystko zostało powiedziane, albo to, co się powie momentalnie przestanie mieć znaczenie i przeterminuje się. Popatrzcie na mój poprzedni wpis. Napisałem go kilka dni po tym jak przenieśli Półmaraton w Gdyni, bodajże drugą czy trzecią imprezę w Polsce, którą coś takiego spotkało. Pamiętam jak bardzo krytyczne uwagi pojawiły się w sieci. Mi również nie podobała się ta decyzja, ale nie kwestionowałem jej, a jedynie olbrzymią niekonsekwencję działań odgórnych w odniesieniu do wszelkich dziedzin życia. Z perspektywy już wtedy mleko się rozlało, ale oczywiście łatwo jest krytykować z boku.

Wtedy pomysł spontanicznej akcji towarzyskiego biegu na dystansie półmaratońskim wydawał mi się zupełnie bezpieczny, ale gdy w ciągu kilku dni post z wydarzeniem na FB dotarł do ponad 7000 osób, z czego ponad 50 zadeklarowało udział, a kolejnych 350 było zainteresowanych, nabrałem wątpliwości natury prawno-organizacyjnej. Trwało to jednak zaledwie moment, to rozwój wypadków bardzo szybko zmusił mnie do odwołania wydarzenia. Bardzo mi smutno z tego powodu, ale jest to absolutnie nieistotne. Smutno mi zrobiło się też gdy odwołali Gdańsk Maraton, Kwidzyński Bieg Papiernika, przenieśli Bieg Europejski, czyli imprezy, które miałem zaplanowane na tę wiosnę. Został jeszcze Bieg do Źrodeł w połowie czerwca (zapisów jeszcze nie ma i pewnie będą wstrzymane). Zapisałem się natomiast na TricityTrail na 21km z nadzieją, że może już będzie po wszystkim. Na horyzoncie cały czas mam Chicago Marathon w październiku i to podtrzymuje mnie na duchu.

Na prawdę nie wiem czy najgorsze dopiero przed nami i czy uderzy w nas gwałtownie i zetnie z nóg kompletnie, uwięzi wszystkich w domach na długie tygodnie, czy sytuacja będzie się pogarszała sukcesywnie z dnia na dzień aż do jakiegoś punktu przesilenia. Czy potrwa to miesiąc czy pół roku. Tego nie wie nikt. W perspektywie tak potężnego ciosu dla życia codziennego ludzi, służby zdrowia, edukacji, całego biznesu i wszystkich tych, których pandemia i związane z tym ograniczenia i zakazy spychają w przepaść, fakt, że odwołane są imprezy biegowe i wszystko inne, nie ma znaczenia. Powiedzmy sobie – to tylko zabawa i wytrzymamy bez niej jakiś czas. Tak, trenowaliśmy cierpliwie, w pocie czoła do kolejnych zawodów i teraz zostaliśmy z niczym… ale to „tylko” hobby, pasja i zajęcie w wolnym czasie. Pomyślcie o zawodowcach, którzy na bieganiu czy innych dyscyplinach zarabiają na chleb. O braku możliwości zdobycia minimum olimpijskiego czy o ogóle wizji przeniesienia Igrzysk. Przerwali przygotowania, wrócili do kraju z obozów przygotowawczych i siedzą w domu na tyłku lub trenują nie wiadomo do czego. Tak więc nasze truchtanie wokół bloku czy zbiornika to na prawdę nic takiego.

Tak czy siak, cieszę się, że biegać chociaż wolno. Oczywiście z zachowaniem rozsądku i najlepiej na odludziu. Ale też boję się z drugiej strony, że nawet to będzie nam zabrane. Dziś napisałem do kolegów, że to może ostatni moment, żeby zainwestować w bieżnię mechaniczną… I choć to tak pół żartem, pół serio… to kto wie, co będzie jutro i za tydzień.

Nie powiem, motywacja mi siadła, chociaż staram się trenować normalnie. Mam mały cel robienia 300km miesięcznie i chyba w marcu też się uda. Staram się prowadzić urozmaicony trening, ale nie jest on ukierunkowany na nic konkretnego, na żadne zawody, na żaden konkretny dystans. Wypracowałem życiową formę. Starczyło na fajną życiówkę na parkrunie, potem zawaliłem Bieg Urodzinowy w Gdyni i z nadzieją patrzyłem na szansę rywalizacji na Połówce w Gdyni i w maratonie w Gdańsku. Czekałem też na kolejne okazje do pobicia życiówki na dyszkę. Tuż przed ogłoszeniem decyzji o odwołaniu maratonu, pobiegłem sobie 10km wzdłuż morza w czasie 35:42.  Z marszu, bez przygotowania czy odpoczynku. Oczywiście tylko wg GPS, więc wynik nie liczy się zupełnie, ale dał mi spore pocieszenie i potwierdzenie, że jestem w stanie na zawodach pobiec dużo poniżej 36minut. Wsiadłem po tym treningu do auta i zobaczyłem info na FB o odwołaniu maratonu. Spodziewałem się. I szybko pogodziłem. Ale cała ciężka praca nie może się teraz zmaterializować. Uczyłem się pilnie do ważnego egzaminu, tylko, że mi go przenieśli w ostatnim momencie i całą tę wiedzę będzie trzeba powtarzać, żeby jej nie zapomnieć, bo na tym egzaminie bardzo mi zależy. Jest dowodem mojej ciężko przyswojonej wiedzy…

I w tym chyba nadal tkwi cały sens. Biegamy dla samego biegania. Dla satysfakcji, endorfin, spędzenia czasu w otoczeniu natury, dla relaksu, poukładania myśli w głowie czy odstresowania się od pracy czy szalejących dzieci w domu 🙂 I tego się trzymajmy.

Życzę zdrowia i wytrwałości. I do zobaczenia.

 

Tags: , , , , , , , ,

Related Articles

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wypełnij to pole
Wypełnij to pole
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.
You need to agree with the terms to proceed

Trochę przegiąłem… czyli… głupie decyzje biegowe
CRy na segmentach… czyli… cele zastępcze
Menu