Biegi

Zapasy błotne… czyli… relacja z Pomerania Winter Challenge

Brak komentarzy

W zasadzie to miałem najpierw napisać relację z biegu #runGDN na 10km, który biegłem 28.02, ale z perspektywy stwierdzam, że rozwodzenie się na temat imprezy, w której biegłem sobie sam od startu do mety i która nie była tak na prawdę zawodami, a jedynie okazją do sprawdzenia siebie w warunkach zbliżonych do normalnych zawodów, jest po prostu bez większego sensu. Ale w mega skrócie: przebiegłem 10km bez atestu w 34:32, co jest dla mnie super wynikiem, potwierdzeniem formy i dowodem dobrze przepracowanej zimy. Natomiast dopóki nie pobiegnę dyszki na trasie z atestem, to ten start można traktować jedynie jako punkt odniesienia. Wiem, że mogę przebiec 10km w stałym tempie poniżej 3:30 i bardzo mnie to cieszy.

Ponieważ jednak na biegi masowe na ulicy się nie zanosi, to cała nadzieja na prawdziwą rywalizację jest w biegach trailowych. Takich imprez zaplanowanych na sezon zimowo-wczesno-wiosenny w okolichach Gdańska było trzy: Pomerania Winter Challenge, Trójmiejski Ultra Track i Garmin Ultra Race. GURa przeniesiono z grudnia na początek marca, co z kolei mi kolidowało z TUTem, więc zrezygnowałem z tego pierwszego, po czym przeniesiono i TUTa i GURa i PWC i efekcie najpierw miał odbyć właśnie Pomerania – 13.03.

I się odbyła i za to od razu muszę bardzo podziękować organizatorom za upór, wytrwałość, konsekwencję i pomysłowość. Żeby bowiem impreza mogła formalnie dojść do skutku w warunkach pandemii i zakazu zgromadzeń itp musiała stać się imprezą rangi mistrzowskiej z udziałem licencjonowanych zawodników, a wśród nich również elity. Mieliśmy więc Mistrzostwa Pomorza w Zimowych Biegach Anglosaskich, a każdy startujący złożył wniosek o wydanie jednodniowej licencji zawodniczej klubu Pomerania.

Zapisany byłem na dystans 22km. Wg mnie właśnie biegi trailowe o długości 20-30km są znakomitym kompromisem pomiędzy odpowiednio długą zabawą i rywalizacją na trasie gdzie wiele może się wydarzyć, a odpowiednio krótką zabawą, żeby się nie zajechać i móc potem wrócić do biegania następnego dnia i startować w kolejnych zawodach lub wykonywać mocne jednostki treningowe. Tym bardziej, że obecnie imprezy są przesuwane co chwila o kilka tygodni, więc chcąc być w stanie w nich startować, trzeba mieć zapas sił.

Bardzo mnie rajcował fakt, że impreza była mnie domowa, w prawie dosłownym tego słowa znaczenia – start i meta zlokalizowane były nad zbiornikiem Jasień, tak więc do miasteczka biegowego miałem z domu równo 1600m. Sama zaś trasa biegu to znane mi ścieżki, na których bywałem po kilkadziesiąt razy, a nie które odcinki pokonywałem grubo ponad 100-krotnie.

Gdy więc nadszedł czas, udałem się (na piechotę oczywiście) po pakiet startowy, zrobiłem dodatkowe kółko wokół zbiornika i po chwili przygotowań byłem gotowy na ściganie się. Nie znałem stawki i nie analizowałem listy startowej. Na moim dystansie z silnych zawodników znałem chyba tylko Marcina Zygmunta, który z resztą potwierdził swoją formę zajmując 4-te miejsce. Przed startem szukałem wzrokiem przyjaciół z Jaguara, ale nie udało się  nikogo spotkać…

Gdy więc wybiła godzina 12:30, chwilę po uruchomieniu aplikacji ŚledźGPS w telefonie, dzięki której można było na stronie Pomeranii śledzić rywalizację na żywo, ruszyłem żwawo przed siebie. Piękne uczucie móc znów startować razem z innymi biegaczami (choć tłoku nie było). Stawka bardzo szybko się rozciągnęła i po 300m wpadliśmy do lasu w zasadzie już tylko w trójkę. Pierwszy podbieg, bardzo długi od razu pokazał jak trudne i zmienne warunki na nas czekały. W zacienionych miejscach trasa pokryta była śniegiem i lodem. Każdy z nas starał się znaleźć choć trochę przyczepności biegnąć po poboczu, co też nie ułatwiało sprawy.

Tempo było bardzo mocne, przez pierwsze 2 kilometry trzymaliśmy się bardzo blisko siebie, tasując się co chwila. Drugi mocny podbieg zostawił na czele mnie i Łukasza Kuropatwę z Rumi, znanego w środowisku biegowym jako Bażant. Na kolejnym ostrym zbiegu poczułem na własnej skórze co znaczy pójść po bandzie, co zakończyło się pięknym ślizgiem na tyłku przez dobre kilka metrów. Co ciekawe, nawet nie zwolniłem i choć umorusany w błocie po pachy, biegłem dalej.

Tasowaliśmy się przez kolejne 2 kilometry, pokonując długi podbieg, a po nim kilka technicznych odcinków ze skakaniem po kałużach i papce z błota lub śniegu. Przeskoczyliśmy tunelem pod Słowackiego na drugą stronę i pomknęliśmy w stronę Złotej Karczmy. Po 5km średnie tempo było zacne: 4:15. Ja zaś czułem, że to ciut ponad moje możliwości, bo może i tak bym pociągnął jeszcze z kolejne 5km, ale później po prostu bym się zajechał. Obejrzałem się kilka razy za siebie szukając trzeciego zawodnika, ale gdy nikogo nie dostrzegłem i świadomie postanowiłem trochę uspokoić tętno. Ten fakt momentalnie wykorzystał Łukasz i sukcesywnie zaczął się oddalać. Po kolejnych 2km w zasadzie straciłem go z oczu nawet na dłuższych prostych. Trochę mi było żal, ale wiedziałem, że innego wyjścia nie było.

Tak więc od ok 7km zostałem sam i pozostawało mi tylko pilnowanie tyłów. Trzymałem ładnie tempo na odcinku do Drogi Węglowej, minąłem punkt odżywczy upijając łyka wody (nawet nie zobaczyłem jakie mieli smakołyki…. 🙁 ). Zanosiło się na samotny bieg, który nie różnił się w zasadzie niczym od typowego treningu, który po tych wszystkich ścieżkach robiłem dziesiątki razy.

Najmilszym momentem było spotkanie moich ukochanych dziewczyn na rowerze: Magda na rowerze z Kamilą w foteliku zjechały Doliną Radości, żeby mi pokibicować. Zacząłem też doganiać zawodników z dystansu 41km, którzy na trasie byli już od 9:30, a więc ok 4 godzin. Im dalej, tych więcej ich mijałem. Podbieg od Kleszej drogi w lewo był jednym wielkim błotem – można tam było śmiało zjeżdżać sobie na jabłuszku lub sankach. Pod górę natomiast nie było już tak zabawnie.

Kolejne kilometry mijały bez rewelacji – cudowny fragment po grzbiecie masywu równoległego do Doliny Wężowej, który przypomina iście bieszczadzkie klimaty (choć w Bieszczadach nigdy nie byłem, ale tak to sobie wyobrażam), potem ostry zbieg, na szczęście po suchym i nawrotka w okolicach Oliwskiego Dworu. Ostatnie 6-8km to na zmianę długie i krótsze podbiegi tak,  żeby wdrapać się ponownie na górny taras i tym samym tunelem pod Słowackiego przedostać się do Matemblewa. Tam rundka wokół polany przy sanktuarium, potem przekroczyłem Strzyżę i wdrapałem się na ostatnią górę. Tam spotkałem kilku miłych kibiców. Cały czas mijałem zawodników najdłuższego dystansu. W zasadzie cały dystans mógłbym przebiec z zamkniętymi oczami, nie patrzyłem na oznaczenia trasy, a w zegarku nie miałem żadnego tracka. Biegłem u siebie, po moim ukochanym TPK.

Ostatni kilometr to lekki podbieg po płytach w stronę Zbiornika Jasień. Moja pozycja była niezagrożona, zaś tempo dość mocno spadło w drugiej połowie biegu. Nie dlatego, że byłem bez sił, ale z powodu trudniejszego profilu oraz zwykłego braku chęci na większy wysiłek. Na 400m przed metą ponownie czekała na mnie Magda z Kamilą (która spała sobie w najlepsze….). Na metę wbiegłem więc pewnie i spokojnie jako drugi zawodnik, z czasem 1 godz i 41 min. Na mecie zobaczyłem w oddali Łukasza, który jak się okazało przybiegł zaledwie półtorej minuty przede mną (musiał więc mocno zwolnić pod koniec). Zdjąłem chip, a Magda i śpioch Kamila zaraz do mnie dotarły. Potruchtałem do domu 1600m i wskoczyłem pod prysznic. Powiedzenie, że „ja jeszcze w połowie trasy, a Kenijczycy już dawno po prysznicu” stało się więc całkiem prawdziwe… 🙂

Zjadłem rosół i na dekorację podskoczyłem rowerem. Poszło szybciutko i chyba po 30min byłem z powrotem w domu. Na ceremonii spotkałem wreszcie Marcina, z którym mogłem na spokojnie porozmawiać.  Mam drobny niesmak związany z nagrodami – i tu muszę powiedzieć jasno – nie biegam dla nagród i gadżetów, ale gdy widzę medal o rozmiarze żetonu do kasyna,  w torebce wręczonej na podium znajduję gumową piłeczkę i chustę, a statuetka jest z najtańszego możliwego plastiku, w dodatku bez tabliczki, to sam nie wiedziałem czy jakoś to skomentować czy tylko się uśmiechnąć pod nosem. Wartość „pakietu za 2gie miejsce Open szacuję za jakieś 15-20zł. Ale żeby nie było, że narzekam, to gdyby mi ktoś powiedział, że impreza się odbędzie, ale bez żadnych nagród, medali, ceremonii itp, to i tak szedłbym w to w ciemno. Najważniejsze, że bieg się odbył i to w tradycyjnej formule. Zanosi się, że kolejne biegi na wiosnę już nie będą w stanie przeprowadzić imprezy w takiej samej formule, jeśli w ogóle cokolwiek się będzie odbywać…

Bo co będzie dalej… tego nie wie nikt. Ale jedno jest pewne: nie liczy się cel, ale droga. Każdy kilometr treningu, nieważne czy szybki czy wolny. Po prostu, żeby biegać dalej.

Tags: , ,

Related Articles

Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.
Wiatr z Sahary… czyli… relacja z Garmin Półmaraton Gdańsk
Burdello Bum Bum… czyli… jak zdobyłem medal Mistrzostw Polski
Menu