Trening

Dryf w stronę brzegu… czyli… podsumowanie marca i kwietnia

Brak komentarzy

Mam pewnego rodzaju blogerskie poczucie winy. Od dłuższego czasu niczego nie napisałem i dochodzę do wniosku, że rację mają Ci, którzy mówią, że blogerem stajesz się po 100 wpisach. Bo dopiero wtedy wychodzi na to, czy masz wystarczająco dużo zapału, determinacji, czasu i… tematów, żeby blog miał sens. Oczywiście, chyba nikt nie jest w stanie prowadzić bloga super regularnie, a tym bardziej, gdy robi się to jako dodatkowe hobby bazujące, w moim przypadku, na bieganiu. No i u mnie taka dziura się pojawiła…

Mogę się więc sam przed sobą tłumaczyć, że brak mi czasu, albo po prostu, że opuściła mnie wena i nie mam niczego sensownego do napisania. A pisanie bzdur dla samego pisania mija się dla mnie z celem. No i nie chcę być zakładnikiem własnego bloga… Mimo wszystko coś tam postanowiłem przelać na papier… Może przez poczuję się lepiej, a może nawet ktoś to przeczyta… 🙂

No więc jestem gdzie jestem. Mamy maj. Życie idzie do przodu, w swej karykaturalnej formie i szczególnych warunkach. Pracy zawodowej masa, dzieci rosną, a od szkoły on-line można zwariować. Schemat jest praktycznie niezmienny, a jedynie drobne ucieczki od nowej normalności trzymają nas przy życiu i nadają kolorytu. Takie powolne dryfowanie, z dala od brzegu, ale mam nadzieję, że wiatr w końcu zawieje w dobrym kierunku.

Mochnaczka Niżna

Na Wielkanoc uciekliśmy w góry. W Beskid Sądecki, do malutkiej wioseczki o urokliwej nazwie Mochnaczka Niżna, nieopodal Krynicy Górskiej. Kawał drogi z Gdańska, ale warto było wyrwać się choć na kilka dni i poprzebywać w innej rzeczywistości. Zrobiłem tam 4 treningi. Chciałbym powiedzieć „wysoko-górskie”, w warunkach hipoksji, ale na 700m npm to raczej nie miało żadnego znaczenia. Niestety, choć okolice urokliwe, to po pierwsze pogoda nie rozpieszczała i momentami biegało się w śnieżycy i śniegu po kostki, a po drugie ilość tras nie była jakaś powalająca. Chcąc biegać po asfalcie do wyboru są tylko drogi krajowe i wojewódzkie. A tam lokalesi w Passatach z końca XX wieku w terenie zabudowanym poniżej 90kmh raczej nie schodzą… Ciężarówki z resztą też są niewiele wolniejsze… Oczywiście można wskoczyć do lasu, ale, znowu, w warunkach zimowych jest to dość niebezpieczne, można się momentalnie zgubić, więc co chwilę trzeba się zatrzymywać i sprawdzać nawigację, a poza tym, to nie jest tak jak w Trójmiejskich lasach, gdzie skrzyżowanie ścieżek jest co 200 metrów. Tak więc albo piszemy się na ultra po trasie Łemkowyny lub wystarczy nam bieganie po kilku pętlach okolicznych dróg. O przewyższeniach nie wspominam. Generalnie płasko to raczej nie jest 🙂 Natomiast małe wioseczki są klimatyczne, szczególnie prawosławne kapliczki i stare cerkwie przypominają, że Beskid Sądecki jest całkiem mocno na wschodzie naszych gór. W sierpniu jadę pierwszy raz w życiu w Bieszczady i nie mogę się doczekać takich klimatów.

Reżim treningowy

Jaki reżim? Powiedzmy sobie szczerze: nie mam obecnie planu treningowego. Z resztą, z tabelką i rozpiską ostatni raz trenowałem w 2018 do maratonu w Berlinie. Od tego czasu nigdy nie zawiodłem się na moim wyczuciu i bazując na doświadczeniu oraz nieustannie poszerzając wiedzę z tematyki treningowej, myślę, że dość skutecznie idę ścieżką, która dzieli przestrzeń na dwa obszary: klepania kilometrów, które do niczego nie prowadzi, a zajechaniem się treningowo, co niechybnie wiedzie do przetrenowania i kontuzji. Opieka trenerska? Rozważam. Ale uznałem, że daję sobie jeszcze trochę czasu i niech zawody wrócą, aby można wyznaczyć jasne cele na najbliższe miesiące i lata.

W marcu i kwietniu zrobiłem odpowiednio 336 i 350km. To solidnie powyżej planu minimum i mam poczucie dobrze przepracowanego okresu. Wyczekuję ciepełka i możliwości trenowania na krótko. Każdego dnia, a nie tylko od święta. Kupiłem też sobie kolce Pumy do biegania po bieżni… Z 320 na 59zł też byś się skusił, prawda? 🙂

Forma

Jest. I to prawdopodobnie życiowa. W zasadzie raczej na pewno. Widzę to i po kilku ostatnich sprawdzianach (dyszka grubo poniżej 35min) i na mocnych jednostkach treningowych. Jeszcze rok temu niektóre treningi uznałbym za niewykonalne, dziś na sam koniec po prostu przyspieszam.

Kiedyś już o tym pisałem, ale odpowiadając na pytania odnośnie kluczowego czynnika mojej formy, szczególnie w stosunku do wieku, myślę, że jest to wypadkowa kilku elementów:

  • rozsądna objętość treningowa, w zasadzie wynikająca z ograniczeń czasowych. Średnio 75-85km/tydz.
  • zróżnicowany trening – nigdy nie robię 2 takich samych treningów pod rząd. Zawsze przeplatam różne zakresy i tempa. Treningi interwałowe, podbiegi, biegi ciągłe i 3cim zakresie czy sobotnie TLT, przeplatam z niedzielnymi leniwymi long-runami i biegami na granicy 1szego i 2giego zakresu. No i segmenty na Stravie. Licznik koron pokazuje obecnie ponad 150, a jeszcze kilka do zdobycia zostało… 🙂
  • czas na regenerację. Zwykle biegam 5x/tydz. Czasem 6. I to mi obecnie wystarczy. To nie pora na mordercze objętości lub BNS (bezpośrednie przygotowanie startowe). Z resztą do czego…?
  • predyspozycje fizyczne – wiadomo – odporność na kontuzje, uwarunkowania motoryczne i wydolnościowe, niska masa. Splot elementów, które się dostaje w genach i tych, które trzeba wypracować.
  • motywacja – choć czasy są wyjątkowo niefortunne, to nie brakuje mi chęci do treningu. Nie potrafię nie biegać, siedzieć na tyłku przez dłużej niż 2 dni. Czuję wewnętrzną potrzebę ruchu. I liczę, że znowu będzie się można ścigać.
  • mocne treningi w grupie. No raczej grupce. Ale za to jakiej! 🙂

Plany

Chcę pobiec pod koniec maja kolejny sprawdzian na dystansie maratońskim. Delikatnie podniosłem sobie poprzeczkę względem wyniku z października i chcę, żeby ten bieg był dla mnie dowodem możliwości, a nie samobójstwem. Skończyć maraton z lekkim zapasem, wręcz niedosytem. Pierwsze 30km rozważnie, potem po cichutku przemknąć pod ścianą i na koniec można trochę dołożyć do pieca. Target time? Sub 2:45.

Jeśli biegi wrócą, będę się zapisywał na bieżąco. Zgłosiłem się na TriCity Trail w lipcu na dystansie 49km. Bardzo chciałbym pobiec atestowaną 5kę, ale może być też po prostu parkrun 🙂 I atestowana dyszka też by mi się przydała. Ale biorę wszystko.

Jak wspominałem, jestem zapisany na maraton w Chicago w październiku. Wszystkie biegi z cyklu Abbott World Marathon Majors są w tym roku zaplanowane na jesień i na chwilę obecną mają się odbyć. Nie wiem w jakiej formie, czy będą podzielone na fale, czy trasa będzie totalnie zmieniona. Zobaczymy. Z biletami na samolot jeszcze czekam… Trzymam kciuki. Pierwsza dawka Pfizera została przyjęta. Będzie dobrze.

Tags: , , , ,

Related Articles

Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.
Bezplan… czyli… o trenowaniu do nie wiadomo czego
Menu