Biegi

Warto być cierpliwym… czyli… Relacja z 60. Biegu Westerplatte

Brak komentarzy

Zacznę nietypowo, bo od podsumowania:

Tak… 18.09.2022 sportowo był bardzo dobrym dniem. W zasadzie brakowało tylko zwycięstwa Marcina w meczu Centralnej Ligi Juniorów U15 Jaguar Gdańsk vs UKS Orlen Gdańsk, bo remis 0:0 był mocnym niedosytem. No i jeszcze Koszykarze mogli zdobyć brąz na ME..

Natomiast mój wynik w 60.Biegu Westerplatte nie zostawił mi nawet najmniejszych powodów do narzekań.

Ale od początku: co do mojego uczucia bez wzajemności do dystansu 10km już pisałem, choćby w relacji sprzed równo roku, kiedy to zaliczyłem spektakularną wtopę z wynikiem dużo poniżej życiowego poziomu. Albo może inaczej: na życiowym poziomie wtedy nie byłem, więc cudów spodziewać się nie mogłem.

Formę jednak sukcesywnie odbudowywałem, od grudnia 2021 aż w zasadzie do teraz. Po drodze były i starty w trailu, maraton w Gdańsku, dyszka w Kwidzynie, połówka we Wdzydzach… Tak na prawdę solidny i rozsądny trening pod starty jesienne zacząłem jednak od lipca. Wakacje, w odróżnieniu od zeszłorocznych, przepracowałem solidnie. Na efekt musiałem poczekać więc do Biegu Westerplatte, by ponownie dać sobie szanse na upragniony wynik poniżej 35min. Czemu akurat taki? Bo wg wielu osób ze świata biegowego, w tym organizatorów biegów wyznacza on coś w rodzaju sub-elity, albo raczej: amatorów na wysokim poziomie. Może brzmi to nieco przesadnie, ale jak wiecie, strefy startowe na zawodach są w różnych kolorach i ta poniżej 35 jest tą najszybszą. Masz „ten” kolor, masz szacunek wśród innych biegaczy, jesteś gość. A jeśli masz 42 lata na karku, to może nawet oznaczać, że kiedyś to zapewne niezły kozak byłeś… Oczywiście głupoty gadam, ale zapragnąłem jednak mieć taki właśnie kolor na numerze już ładnych kilka lat temu w Gdyni. I nie chodzi o to, żeby zadeklarować wynik się 35, ale żeby go zrobić. I to  na trasie z atestem PZLA.

So…. That moment has come…

Stanąłem na starcie 60. Jubileuszowego Biegu Westerplatte. Żeby się tam dostać oczywiście najpierw trzeba było odebrać pakiet, po czym zapakować się do jednego z licznych autobusów, które spod ECS zabierały biegaczy na półwysep Westerplatte. Na miejscu zacząłem spotykać znajomych i sporo czasu mi zeszło na miłych pogawędkach. Do startu miałem ok 90min. Samą rozgrzewkę zrobiłem najpierw w dresie i z plecakiem (1km truchtu), potem zmieniłem buty na Nike Vaporfly Next%, ściągnąłem dres i oddałem plecak do depozytu w autobusie, który wrócić miał na metę. Zrobiłem wtedy 2km solidnego przygotowania, w tym kilka przebieżek. Na ok 15min przed startem byłem już w pobliżu swojej strefy i tam kolejne spotkania z znajomymi. Dowiedziałem się, że na sub35 jest fajna grupka, w tym Łukasz, Michał, Kamil, Tomek i kilku innych biegaczy. Przed samym startem odsłuchaliśmy hymnu i o 10:10 ruszyliśmy żwawo w stronę ECS.

Plan był prosty jak drut: tempo 3:29-3:30, równo, bez głupot, szarpania i wyrywania. Grupa od samego początku fajnie pracowała, powiedziałbym, że na początku był nawet lekki tłok, ale po 3km było nas może z 10. Co ważne, waraunki były optymalne – nie za ciepło, nie za zimno, no i nie wiało.

Kamil skakał z lewa na prawo i z powrotem, każdego zagadywał, jakby organizował nam bieg i pilnował, żeby grupa nie szarpała. Taki instynkt psa pasterskiego pilnującego stada owiec. Ja w każdym razie postanowiłem nie zostać baranem i słuchałem się przewodnika…

Na 4tym km pokonaliśmy pierwszy podbieg na wiadukt. Grupa połknęła samotnego biegacza, który wyrwał do przodu od startu, ale odjechała mu czołówka. Tempo było równe i stabilne, dlatego też postanowiłem nie brać kubka z wodą, żeby niepotrzebnie nie zaburzać rytmu. Po punkcie z wodą grupka trochę się zaczęła rozjeżdżać, ale to typowe dla tego dystansu, gdzie na pierwsze 4-5km każdy się potrafi zabrać, ale od pewnego momentu następuje weryfikacja.

Połowę dystansu minąłem w 17:22 -dawało to mi 8sek zapasu. Może nawet ciut za dużo, ale chciałem zostać w grupie. Skręciliśmy w prawo w dzielnicę Przeróbka. To tam równo rok temu zacząłem potwornie zwalniać i pogodziłem się z losem przegranego naiwniaka. Tym razem miało byc inaczej, ba! musiało tak być! Minąłem 6ty km, wbiegliśmy na Most Siennicki. Na zbiegu grupa się jeszcze bardziej odchudziła. Ja trzymałem się Łukasza i Michała. Kamil gdzieś się zapodział, ale nie miałem okazji obejrzeć się za siebie. Po skręcie w prawo w ulicę Angielska Grobla miałem przed sobą ok 4-5 zawodników, a za mną zacząło się robić cicho. Gruba kostka pod nogami nie była łatwą nawierzchnią, ale biegło się w miarę stabilnie i tempo cały czas było utrzymane.

Po skręcie na Ołowiankę Łukasz i Michał ciut mi odjechali, na jakieś 20-30m. Przede mną biegł Piotr Pobłocki. Ja nie zamierzałem nikogo gonić. Zmęczenie jednak narastało. Gdzieś daleko wsród kłębiących się myśli zaczęła świtać ta o negocjacjach z biegową kostuchą, ale szybko uciąłem takie rozważania. Cieszyłem się faktem, że nogi nie były z betonu, a oddechowo dawałem radę.

Zostały 2km. Biegnąc Ołowianką kawałem po chodniku, stanąłem krzywo na krawężniku i omal się nie wywróciłem. Zawsze mnie zadziwia, że dysząc przy tętnie 180 człowiek zawsze zdąży wypowiedzieć na głos słowo na „k”. Anyway, nogi nie skręciłem i w jednym kawałku dotarłem na kładkę. Potem ostry podbieg pod rampę i w prawo w stronę Muzeum II Wojny Światowej. Przed startem żartowałem, że punktem krytycznym będzie dotarcie do ławeczki patriotycznej, na widok której miałem rzucić wszystkie możliwe zapasy glikogenu i tłuszczu. Niestety, moje modły do kogokowiek o cokolwiek mnie zbyt zajęły i zapomniałem szukać wzrokiem owej ławeczki (pewnie całe szczęście). Wymodliłem marker 9ty km i mogłem odliczać ostatnie 1000m. Widziałem na zegarku, że mam jakiś zapas, ale też wiedziałem, że nie można go oddać tak po prostu.

Nie walczyłem o żadną pozycję. Chodziło wyłącznie o czas. Skręciłem w prawo, i po ok minucie w lewo w ostatnią prostą. Ktoś z tłumu krzyczał moje imię i było to miłe. Choć pewnie gdyby krzyczał „zasuwaj szybciej złamasie!” to i tak bym się nie obraził. Zostało mi ok 400m i szybkie zerknięcie na zegarek dało mi fajne uczucie komfortu psychicznego. Fizycznego komfortu natomiast nie miałem ani grama. Równie dobrze mógłym położyć się na rozżarzonych węglach lub gwoździach i pewnie nie zauważyłbym różnicy. Moja mina mówiła wszystko, choć rodzina i znajomi nabijają się ze mnie, że „przecież twierdzi, że to lubi”.

Tak czy siak mogłem ze względnym spokojem ducha dobiec ostatnie metry i skupić się na zegarze na linii mety. Tą przekroczyłem w 34:45, choć swój zegarek zatrzymałem ciut później i nie spodziewałem się, że wyjdzie aż tak poniżej 35:00. Klapnąłem na kraweżniku. Po chwili odnaleźliśmy się z Łukaszem i Michałem. Co to była za radość! To te chwile zaraz po przekroczeniu mety są właśnie najlepsze. Potworne zmęczenie i ból, ale jednocześnie ta satysfakcja i poczucie spełnienia. Trudne do opisania, ale kto doświadczył, ten wie 🙂

I w zasadzie tyle. Zawody ukończyłem na 14tym miejscu open na ponad 2650 biegaczy na mecie. W M40 byłem czwarty, a Łukasz stanął na najniższym stopniu podium. I on i Michał pobiegli pięknie, choć w sumie moge powiedzieć, że byłem zaledwie kilka sekund za nimi. Piotr Pobłocki nadal szybszy ode mnie, ale wcale mi to nie przeszkadza. Co mnie niezwykle cieszy, jest jak równo pobiegłem całe zawody. Pierwsze 5km w 17:22, drugie 17:23. Chyba najrówniejszy bieg w moim życiu.

Zamykam więc rozdział pod tytułem „dyszka w sub35”. Nie mówię, że nie chciałbym czegoś tam jeszcze urwać, ale na tym dystansie czuję się spełniony.  W 2019 zabrakło mi sekundy żeby złamać 36min. Rok temu nabiegałem zaledwie 36:22. W czerwcu tego roku w upale udało się złamać 36min, a po 3 miesiącach kolejną minutę.

Teraz jeszcze z rozpędu polecę 5km w ramach Gdańsk Półmaraton a kilka dni później wylatujemy do Chicago. Stay tuned! 🙂

Dziękuję za zdjęcia „AK-ska Photo” i fotografom od Gdański Ośrodek Sportu.

 

Tags: , ,

Related Articles

Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.
Przedwiośnie… czyli… relacja z TUT 2022