Maraton

Relacja z TCS NYC Marathon 2019 2/3

Brak komentarzy

To jest ciąg dalszy relacji z TCS NYC Marathon. Pierwszą część przeczytacie tu.

Ruszam… Od razu wbiegamy na Verrazzano-Narrows Bridge. Wielki! Przy nim Brooklyn Bridge, choć 100 razy bardziej znany i sam w sobie imponujący, wygląda na skromny. Tłum oczywiście spooory. Na szczęście dość kulturalny i nie było przepychania się i wałki na łokcie. Po 200-300 metrach robi się ciut luźniej. Pierwszy raz zerkam na zegarek. Tempo ok 4:20. Za wolno, ale to naturalne. Zacząłem szukać wolnego korytarza. Przeskakuję prawo/lewo ale miejsca z każdym metrem robi się coraz więcej. Było natomiast pod górę. Nie przejmuję się tym wcale i biegnie się wyśmienicie, a ja w głowie mam plan najpierw spokojnie dobiec do szczytu mostu ( dobry kilometr), żeby potem wejść na właściwe tempo.

Za to ten widok!!! Manhattan na horyzoncie, ze swoimi dziesiątkami monumentalnie prężących się drapaczy chmur. Dzięki temu że mój wave biegł po górnym tarasie mostu, widoki były jeszcze lepsze. Nad nami lata helikopter. Pierwsi biegacze zaczęli wyrzucać czapki i rękawiczki. Rozpoczął się pierwszy zbieg…Czuję się jakbym wrzucił o 2 biegi wyżej. Tempo momentalnie idzie w górę. W głowie mam A) Nie przesadź B) Pilnuj techniki. Zrobiło się ostro w dół i widzę jak długo będzie się to ciągnęło. 2gi km wpada po 3:49 (za szybko….), a 3ci 3:43 (idiotyzm, to tempo na wynik poniżej 2:40).

Zbieg skończył się a my wpadamy na Brooklyn i tu czekał na nas pierwszy tłum kibiców z transparentami “Welcome to Brooklyn”. W zasadzie tłum pierwszy z dwóch. Przedzielonych jedynie mostem na 25 i 26tym kilometrze, bez ruchu pieszego. I to właśnie kibice stanowią o wielkości i wspaniałości tego maratonu. Pisać i mówić będę to chyba że sto razy. Ale tak jest. Biegłem Berlin, 43 tys. biegaczy, tłumy kibiców na około, z całego świata, ale NYC przebija Berlin pod każdym względem. Ilość, hałas, wrzawa, pasja i emocje. Transparenty, uśmiech, życzliwość i wszechobecny doping. Niesiony atmosferą trudno mi zwolnić. Zmusiłem się jednak i 4tym km pokonuję w docelowym tempie 4:01. Rozglądam się na raz na boki, raz na biegaczy. Stawka jest silna. Nie ma już z nami pań z opaską na 4:30. Jest za to różnorodność strojów, kolorów, stylów i techniki.

Szukam kogoś konkretnego, kto mógłby być moim punktem odniesienia. Może w połowie dystansu zagadam do niego i zapytam się czy też celuje w 2:50. Taki kompan może bardzo pomóc. Wybór pada na Norwega, w charakterystycznej czerwonej koszulce i granatowym krzyżem. Z boku mija mnie biegaczka, lecz po chwili widzę jak zderza się z kimś w większej grupce i pada na asfalt. Powoli wstaje, ale widać, że było to bolesne…Wracam do swoich myśli i kontroli nad biegiem. Kolejne kilometry padają w przedziale 3:57-4:01. Jest płasko ale jest też kilka mniejszych zbiegów o mimowolnie się przyspiesza. Mijamy biegaczy na wózkach i inwalidów, którzy w asyście opiekunów wystartowali wcześniej. Patrząc na nich i widząc jak dzielnie radzą sobie na jednej nodze i o kulach, mam uczucie wielkiego szacunku i podziwu dla ich determinacji. Wiem, że na trasie spędzą długie godziny…

Co każdą milę mijam znaczniki z pomiarem czasu. Choć zegarek mam ustawiony w kilometrach, to opaskę z międzyczasami na wynik 2:50 mam w milach. Dzięki temu mam kontrolę nad dystansem. Co 5km są też znaczniki w kilometrach. Pierwsza piątka wpada w okolicach 19:30, co daje mi solidny zapas. Dyszkę pokonuję ciut wolniej ale nadal mam ok 35sek zapasu. Powoli przymierzam się do wypatrywania Magdy, która ma czekać na 13tym km na wcześniej ustalonym miejscu. Robi się cieplej. Zdejmuję rękawiczki i chowam je w spodenki. Na chustę jeszcze nie pora. Dobiegam do 13km na nawrotka w prawo. Szukam Magdy po lewej, tak się umówiliśmy. Tłum się nieco przerzedza, co znaczy że jest szansa stać w pierwszym rzędzie (serio… Porównajcie to do biegów w Polsce). Dostrzegam Magdę. Podbiegam i przybijamy piątkę. Czuję moc i wsparcie. Cisnę dalej…15km mijam dokładnie w godzinę. Co do sekundy. Myślę sobie, że jak pokonam drugą godzinę w tym tempie, będę już bezpieczny.

Zbliżamy się po połowy dystansu. Tłum nieco mniejszy. Biegniemy z pewnością przez dzielnicę żydowską, bo chyba więcej tu rabinów niż kibiców i nie wyglądają oni na specjalnie zainteresowanych… ale to dosłownie 100metrów i to po chwili wpadamy na Greenpoint, gdzie dostrzegam polską ekipę. Najpierw 2 piątki po prawej, po chwili krzyczę “Polska” i większa grupka zaczyna mi wiwatować. Mijam ich, szykuję się na połowę dystansu. Wyjmuję i spokojnie wciągam pierwszy żel. Popijam wodą o nazwie “Poland Spring” (oficjalny partner). Dbam o nawadnianie. Punkty są często chyba co 2-3km. Przekraczam najpierw 20ty km i za początku drugiego mostu mam znacznik 13.1 mili, czyli półmaraton. Czas: 1:24:36. 24sek zapasu. Jest na prawdę dobrze, choć trudno opędzić się od 2 myśli. Że jeszcze drugie tyle i że teraz to już z górki. Gówno prawda. Zawsze jest pod górkę. Zawsze….

Za mostem druga dzielnica, czyli Queens. Doping nie maleje, ale po chwili skręcamy w lewo i wbiegamy na długi na ponad 2km most Queensboro. Robi się cicho. Zupełnie. Słychać tylko świszczący wiatr i kroki biegaczy. Norweg biegnie tuż przede mną. Mija mnie za to facet ubrany totalnie na różowo, łącznie z butami.

Właśnie… Buty. Gdybym miał obstawić najbardziej popularny model na maratonie, to wśród wszystkich których mijałem lub mnie mijali, totalnie rządzi Nike Vaporfly Next. Czyli buty Eliuda Kipchoge za 1200zł. Zielone lub różowe. Na bogato…. Moje Adidas Boston 6 wyglądają jak z wyprzedaży z 2016… choć są prawie nowe i spisują się świetnie.

Wracając do biegu. Most Queensboro jest kluczowy. Długi jak cholera. Najpierw podbieg…. I zaczynam czuć spadek tempa. Nie chcę na siłę nadrabiać, więc ciut zwalniam. Garmin pokazuje 4:18. Następny km w aż 4:32, choć jest z góry. Nie wiem dlaczego… Być może biegnąc po dolnym tarasie sygnał GPS się gubi. Nie zwracam więc uwagi.

Most kończy się ostrym ślimakiem w lewo i lądujemy na 1st Avenue. Jesteśmy na Manhattanie, a ja zaczynam ponownie wypatrywać Magdy. Dostrzegam się zgniecioną przy barierce, ale dopchała się do pierwszego rzędu ? Podbiegam i rzucam jej chustę (zdjąłem w okolicach połówki) oraz rękawiczki. Trafiam gościa obok prosto w twarz, ale nie mam czasu go przepraszać. Z filmiku nagranego przez Magdę, wiem, że się tym zajęła ?. Przede mną długa po horyzont prosta. Lekko w górę, lekko w dół. I tak bez końca. Doping nie cichnie. Ja odliczam kilometry do 30tego km. Zaczynam odczuwać zmęczenie. Tak szybko i tak długo nigdy nie biegłem. Przed 30tym km wciągam drugi żel i popijam. Znacznik mijam z czasem ciut powyżej 2 godzin. Mam 12sek zapasu. Tempo więc lekko siadło, ale zajechałem już na prawdę daleko.

Z rozczarowaniem stwierdzam, że Garmin przeszacowuje dystans i pokazuje mi jakieś 200m za dużo. Wskazania tempa przestają mieć więc znaczenie, liczą się tylko splity wg opaski. Z ulgą kończy się Manhattan i wpadam na kolejny most na Bronx. Niestety, kolejny podbieg. Zaczynam być zmachany…. Norweg odjechał i widać też że spora grupka trzyma tempo i zaczynam być regularnie wyprzedzany. Na Bronxie spędzamy zaledwie kilka minut (widoki raczej marne, takie blokowisko) i wracamy na Manhattan…. Kolejnym mostem. Mamy ok 32km… Zaczynam stopniowo odczuwać brak sił… Zaczynam się bać…

Kilka zakrętów i wpadamy na słynną 5th Avenue. Wiem że zaraz minę dosłownie o krok nasz apartament (mieszkaliśmy 100m od Piątej Alei, ale na Harlemie jej sława nijak się ma do odcinka w centrum Manhattanu i najdroższymi sklepami na świecie). Zapominam jednak o przecznicy nr 128 i pozostaje mi tylko odliczać dystans do Central Parku. Mówię sobie, że wtedy będę już w domu. Choć biegłem częścią trasy w sobotę i wiem, że jest górzyście, to bliskość mety działa motywująco. Niestety… Mam jeszcze spory dystans… Słabnę coraz mocniej. Splity zaczynają wyglądać kiepsko: 4:19, 4:20. Znacznik 35km pokonuję ze stratą minuty i 11sek do 2:50. Straciłem to na Bronksie i pierwszych kilometrach 5th Avenue. Niby po troszeczku, ale mój zapas wyparował przez jakieś 4km. Myślę sobie jednak: jest nadal ok. Będę tracił cały czas, ale mam 7km do mety. Niech stracę kolejną minutę i nawet jeszcze jedną, ale przecież to nadal czas na życiówkę! Niestety…

Gdy zaczynamy biec wzdłuż Central Parku czuję, że coś zaczyna wysysać ze mnie resztki sił. Nawet nie wiem czy zwalniam i jak bardzo… W pewnym momencie na ok 36tym km robię to, czego jeszcze nigdy, w 7 maratonach, tych po 3:40 i 2:54 mi się nie zdarzyło…. Przechodzę do chodu…

Czuję porażkę, ale brak sił i uczucie bezsilności dominuje. Muszę odpocząć choć 15 sekund… Patrzę jednak na tłumy dookoła i zmuszam się do jednego gestu: zbieram się w sobie i wydaję okrzyk godny wojowniczego wikinga. Tłum momentalnie reaguje. Zaczynam biec znowu. Wiem, że nie wrócę na poziom 4:01, na , nawet 4:20 jest poza moim zasięgiem! Zaczyna się więc moja agonia…Wbiegam, a raczej truchtam przez bramę do Central Parku. Tu to się wszystko zakończy.

Jestem już blisko. A nie…. Nie jestem blisko! Jestem cholernie daleko! Mam jakieś 5km mety a ja nie mam już z czego dorzucić do pieca! Na szczęście jest w dół… Przyspieszam…. Tak mi się wydaje. Pokonuję kolejny kilometr. 4:25… Tragedii nie ma. Ale to łabędzi śpiew… 38km i gdy zaczyna się podbieg, zaczynam przenosić się do Krainy Wiecznego Galloway’a (przyp. tłum: metoda treningowa dla początkujących: odcinek truchtu, odcinek marszu). Idę tak z 15sek i wracam do biegu. Ale wiem, że to będzie woooolnoooo… Zegarek pokazuje 5:03. Porażka. Różne myśli krążą mi po głowie: widzę jak życiówka odlatuje za horyzont, a ja zaczynam krążyć wokół planu totalnego minimum, czyli czas u poniżej 3h. Myślę sobie: co za różnica czy 2:55 czy 2:59.

Mam 3km do mety i jakieś 15min zapasu. Chyba. Sam nie wiem. W zasadzie to mam to w dupie. Truchtam więc dalej. Przypominam sobie słowa Antka Grabowskiego porannybiegacz,pl, który gdy gratulowałem tu osobiście wyniku w Poznaniu 2:43, powiedział: “tiaaaa, wiesz… Ostatnie 5km to truchtałem po 4:20”. Ale Antoni to inna liga…. Ja teraz dałbym se rękę odciąć za takie tempo.

Wybiegamy z Central Parku i ostatnie 1300m pokonujemy wzdłuż jego zewnętrznego płotu. Nie słyszę już tłumu….Nie niesie mnie. Za to ciągnie mnie do w tył totalny brak mocy. Zaczynam iść chwilę i mówię sobie, że tylko chwilkę…. Ktoś klepie mnie w plecy i krzyczy „Come on!” Zaczynam biec. Chyba nawet szybciej niż zakładałem. Mijam kolegę i ciągnę do przodu. 41km. Znaczniki zaczynają się co 100m. Patrzę: 900, 800, 700m to Finish. Nie będę już szedł, choć by nie wiem co!

Skręcamy z powrotem do Central Parku. Znam ten fragment ze spaceru w sobotę po kolacji. Wzdłuż trasy tłumy kibiców i wrzask. Po obu stronach trasy widnieją flagi wszystkich państw. Dostrzegam Polskę. Przyspieszam. Jest pod górę, ale jakoś daje radę. Siła woli… Tak się mówi. Patrzę na Garmina i wiem, że czas będzie sporo lepszy niż granica 3h.

Widzę znacznik 42km, a więc zaledwie 195 metrów do mety. Zaczynają się trybuny honorowe: na nich ma być Magda. Dostrzegamy się nawzajem. Jest zasmucona, martwiła się o mnie… Miałem tu być o 6 minut szybciej. Ja natomiast uśmiecham się, krzyczę radośnie i wysyłam buziaka. Czuję szczęście. Meta jest tuż przed mną. Rozpędzam się, mijam kolejnych biegaczy. Nie tylko ja trafiłem na ścianę! Zerkam na zegarek ostatni raz i uświadamiam sobie, że mój czas wynik z Berlina z 2018 to 2:56:31. Postanawiam go pobić. Wpadam na metę siła rozpędu, zatrzymuję czas na 2:56:29 i unoszę ręce w górę. Nie w geście zwycięstwa. Ale ulgi. To już koniec… Jestem na mecie….

Co było dalej? Przeczyjcie relacja z TCS NYC Marathon 2019 3/3

Tags: , , , , , ,

Related Articles

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Fill out this field
Fill out this field
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.
You need to agree with the terms to proceed

Relacja z TCS NYC Marathon 2019 1/3
Relacja z TCS NYC Marathon 2019 3/3
Menu