Biegi

Przelicytowane… czyli… relacja z 59. Biegu Westerplatte

Brak komentarzy

Mam z dystansem 10km porachunki. I to chyba od ładnych kilku lat. Tak na prawdę to dyszka była moim pierwszym prawdziwym startem, w lutym 2015 (GP Gdyni). Przez pierwsze 3 lata szło łatwo: życiówki wpadały na każdych zawodach, a progres był znaczący. Potem zaczęło się jednak robić trudniej, i pojawiły się też nieudane podejścia. W dodatku zwykle napotykałem też dodatkowe losowe utrudnienia, jak mega ulewa tuż przed startem, uraz kolana na 2 dni przed, wicher prosto w pysk, na który się nie wzięło poprawki, a to upał po 33 stopnie….itp itd. Dość powiedzieć, że od bodajże 2017r. miałem w głowie jedynie wyśrubowane plany czasowe i żyjąc w przeświadczeniu, że to kwestia odrobiny szczęścia, czekałem na TEN dzień. Tak było na przykład równo 2 lata temu, w 2019r. kiedy w biegu Westerplatte zaatakowałem sub36min. Skończyłem w… 36:00, czyli zabrakło sekundy. Ciągnęło się to za mną niemiłosiernie i choć PB pobiłem wtedy mocno, to pozostał niedosyt. Czułem, że dyszka jest dla mnie najtrudniejszym lub najbardziej pechowym dystansem. W dodatku, na bazie rekordów na innych dystansach, szybko też przyszła ochota na kolejną życiówki na dyszkę. Potem jednak nadeszła pandemia i nie było gdzie startować. Na poważny test musiałem poczekać do lutego 2021 i wtedy w biegu pseudo-wirtualnym wokół stadionu w Gdańskiej Letnicy pobiegłem poniżej 35min (z zegarka, bo wg trasy to nawet o 20sek szybciej). Czułem wtedy moc i wiedziałem, że taki wynik mam już w garści. Pozostało poczekać na poważne zawody na trasie z atestem.

Taka okazja natrafiła się gdy Gdański Ośrodek Sportu ogłosił zapisy na 59.Bieg Westerplatte. Od razu wskoczyłem na listę i odliczałem dni do odbębnienia formalności i otwarcia szampana. Nie chodziło jednak o samą życiówkę, ale o całą imprezę – u siebie, z masą znajomych, fantastyczną atmosferą, piękną tradycją i porządną organizacją. Szykowało się więc święto biegania w najlepszym wydaniu. W dodatku, pogodziłem się już z faktem, że do USA mnie nie wpuszczą na maraton w Chicago, więc bieg Westerplatte wyrósł na najważniejszy start na ulicy w tym sezonie.

A jak przygotowałem się niego? Nijak. Powiedzmy to sobie otwarcie: czerwiec, lipiec i sierpień były u mnie biegowo najsłabsze i objętościowo i jakościowo od chyba 2 lat. Wypracowałem wysoką formę zimą i wiosną. Z rozpędu w czerwcu nabiegałem brązowy medal MP masters na 1500m, ale z kilku przyczyn biegałem mniej i wolniej. Widać to było i na starcie (a raczej mecie) Półmaratonu w Kartuzach i Biegu Św. Dominika, ale wtedy zwalałem to bardziej na wysoką temperaturę i kilka innych drobnych przyczyn. Na Westerplatte miało być inaczej. Problem, który skrzętnie ukrywałem w głębi świadomości był inny: żeby być w top formie, trzeba utrzymać reżim treningowy. I ja myślałem, że kilka mocnych interwałów na początku września przywróci mnie na właściwe tory. W zasadzie to wiedziałem, że to gówno prawda, ale cel był jasny i niezmienny, a cofać się w deklaracjach nie zamierzałem. Czyli atak na sub35 i ani kroku wstecz.

Nadszedł więc ten dzień – przyjemny wczesnojesienny poranek bez wiatru – rzec by można warun idealny. Na start pojechaliśmy z Maćkiem. Odebrałem numer startowy i spotykając co chwila znajomych zapakowaliśmy się do autobusu, który zawiózł nas na Westerplatte. Tam co chwilą ucinałem sobie pogawędki z dawno niewidzianymi biegaczami. Odnalazłem się z Antonim, z którym zrobiłem 3km rozgrzewki. Ustaliśmy tradycyjnie, że wspierać się będziemy na trasie na zasadzie „if he dies, he dies” czyli „nawet się na ciebie nie obejrzę, cieniasie”. W międzyczasie spadł niewielki deszcz, a po nim wyszło słońce i zaczęło się robić ciepło. Nastała godzina 10 i pora było pakować się do swojej strefy startowej. Na piersi dumnie napięty numer startowy na czerwonym tle – elita, można by rzec, czas poniżej 35min. Idealnie! Stanąłem w 2-giej lini, choć było tak luźno, że i w pierwszej bym się zmieścił bez problemu. Pozostało wysłuchanie hymnu i  kilka słów przemowy do siebie samego: strategia była jasna: tempo 3:29, równo, bez szarpania.  Poprawna technika kroku, równy oddech, na nogach buty za milion monet i nieustająca motywacja w głowie. To musiało dziś wypalić… „What can possibly go wrong?”

Ruszyliśmy. Czołówka powoli zaczęła się rozciągać, a tłoku i tak nie było. Przyjemnie.  Antoni zniknął mi szybko za plecami, a ja biegłem równo z Michałem Palaschke, który również zadeklarował atak na sub35. Biegliśmy równiutko, krok w krok. Pierwsze 2km po 3:29. Zgodnie z planem, bez szarpania, ale też po płaskim. Od 3-tego km wybiegliśmy jednak na otwartą przestrzeń i oprócz duchoty pojawił się też nieprzyjemny wiatr. Tradycyjnie z zachodu, czyli w pysk. Po 3cim km Michał nieco osłabł, a ja na spokojnie policzyłem, że zawodników przed nami jest raptem kilku. Bardzo mnie to zaskoczyło, bo w takim tempie w stawce sprzed 2 lat powinienem plasować się w okolicach 20-25 miejsca. Oderwałem się od Michała i zacząłem zbliżać się do zawodnika przede mną. Dorwałem go po 2-3minutach i sprawnie wyprzedziłem, jak się później okazało był to mój główny rywal w M40. Kogo miałem przed sobą? Dokładnie nie wiedziałem, ale też nie było już kogo specjalnie gonić. Stawka bardzo się rozciągnęła, a ja zamiast biec w fajnej grupce, zostałem sam jak na jakimś lokalnym maratonie…

Zaczęły się też pierwsze podbiegi. Na otwartej przestrzeni okazały się wymagające. W połowie 5tego km zacząłem odczuwać zmęczenie, które zapowiadało tylko jedno: problem. To jest dyszka, tu biegniesz na 100%, a pod koniec przyspieszasz! Tylko, że ja zbliżałem się do półmetka, a do mnie zaczęło docierać, że energia na tempo 3:29 zaczyna się wyczerpywać. Połowę dystansu przekroczyłem dokładnie w 17:30 (netto), czyli idealnie. Byłem po lekkim zbiegu i trasa skręciła w prawo do dzielnicy Przeróbka. Zaczęły się zabudowania oraz pierwsi lokalni kibice. Niestety w ciągu kolejnych 2 minut energia zaczęła ze mnie uciekać, jakby ktoś odkręcił wentyl i zaczął spuszczać ze mnie życiodajne powietrze. I wtedy Biegowa Bozia odezwała się do mnie: „Tomaszu, naprawdę jesteś aż tak naiwny, żeby myśleć, że wyśrubowana życiówka spadnie ci z nieba jak manna? Musisz nauczyć się pokory, a w ramach kary, pożegnaj się z jakąkolwiek życiówką. A teraz zaczniesz umierać”.

Dalej poszło już więc z górki. Tzn najpierw był 6-ty km w 3:39, a potem długi podbieg na most na Martwą Wisłą. Tam stał Piotr Pietrzak i gorąco dopingował. Ale mnie nic już nie mogło pomóc. Na zbiegu ciut odpocząłem, ale czułem jak wytracam tempo. 3:53. (moje tempo na maraton). Wlokę nogami po kostce. Słyszę pojedyncze brawa i okrzyki z balkonu. Odczuwam totalny brak sił. Dyszę i męczę się. Mówię do siebie różne rzeczy, np.: „Fuck off. But seriously: Fuck. Off.” Albo: ”Gdybyś sobie usiadł na krawężniku, to mógłbyś sobie popłakać. A tłum biegaczy zaraz Cię zacznie mijać”. Było też: „Nie na mojej zmianie!” oraz „I didn’t sign up for this shit!”. Wygrała jednak jakimś cudem myśl: „Jakoś się dotoczysz do mety. Redukuj rozmiar wstydu, frajerze”. Zerkam na zegarek – na jakąkolwiek życiówkę nie ma już szans. Prysła ona na przestrzeni 3km. Rozpoczynam 9-ty km i wbiegam na Ołowiankę. Fotograf pstryka fajną fotkę – myślę sobie, że jak zacisnę zęby, to może nawet uda mi się nieźle poprawnie wyglądać. Nie mam siły się oglądać za siebie, jednak nadal nie słyszę tłumu biegaczy za mną… Co się dzieje?? Wszyscy umierają?

Mijam szykanę przed kładką na Ołowiance, na której juz kolejny raz Garmin gubi dystans. 2 lata temu prawie o 100m, czyli ponad 20sek, a to pułapka niemiłosierna. Dziś moje tempo już było byle jakie, więc nie zauważyłem niczego dziwnego, a i tak było mi wszystko jedno. Nie miałem o co walczyć. No dobra… Miałem… Miejsce w Open i kategorii. Ta myśl chyba mnie utrzymywała przy życiu. Usłyszałam, a potem kątem oka dostrzegłem Michała. Powrócił. Albo to raczej ja pozwoliłem, aby spokojnie mnie doszedł. Dorwał mnie przed Muzeum II Wojny Światowej. Mówię mu: „No jesteś wreszcie!” A on: „To jak? Ostatnia prosta?” J Zamiast mnie wyprzedzić biegliśmy razem przez resztę dystansu. Poczułem niespodziewany spokój… Za chwilę miniemy 9ty km. Meta już blisko. Czas gówniany, ale mam to w dupie. Michał za chwilę mi odjedzie, ale to też nic takiego, bo jest sporo młodszy. Poza tym, miesiąc temu wyprzedziłem go na ostatnim km w Biegu Św Dominika, więc teraz miał szansę na rewanż. Obejrzałem się za siebie, ale nikogo nie było… I tak jak zaczęliśmy, tak teraz, krok w krok wbiegliśmy na teren stoczni. Kolejna fajna fotka. Pstryk. Na ostanim zakręcie stała Patrycja z dziećmi i wesoło pomachała. Zostało z 400m. Mówię Michałowi, że może już się urwać. Miał zapas, ale nie było mu spieszno. Też biegł dużo poniżej oczekiwań. I faktycznie, przed nami ostatnia prosta. Kibice po obu stronach. Michał przyspiesza. A ja spokojnie dobiegam do mety. Ostatni km w 3:36. Czas netto na mecie: 36:22. Miejsce: 7-me Open. Mijam linię mety, robię kilka kroków i siadam sobie pod bandą. Ufff, teraz to już mogę sobie odpocząć. Tak na serio. It’s over.

Przybijam piątkę Michałowi i czekam chwilę na Antoniego. Przybiega 15ty i jego mina mówi mniej więcej tyle co moja: To nie był udany występ. Był w zasadzie gówniany (z czysto sportowego punktu widzenia). No nic…wstajemy i idziemy po medale. Odbieram plecak z depozytu i zaczynam sprawdzać wyniki live. Mój wynik w tabeli, jak by nie patrzeć, robi wrażenie. Nawet zrobiło mi się miło. Byłem 7-my na prawie 1300 zawodników. Oczywiście, stawka była w tym roku dużo słabsza. Bez 2 zdań. Ale też nikt nikomu nie bronił wystartować. Wynik idzie w świat, a dla mnie to coś na otarcie łez.

Z czasem zaczynają docierać inni znajomi. Bartek, Marcin, koledzy ze Sklepu Biegacza. Wstaję i odnajduję moją grupkę znajomych: Maćka, Artura, Anię, Piotra, Magdę, Łukasza i innych. Każdy zadowolony i uśmiechnięty. Mega gratulacje dla wszystkich, którzy zrealizowali swoje cele lub są po prostu z siebie zadowoleni! Wtedy do mnie dociera, że to o to w tym chodzi. O radość biegania i bycia razem. Zawsze.


A co do mnie i moich, może nieco chorych, ambicji: co tu dużo mówić: skopałem ten start. Z perspektywy, trzeba było biec na 35:30 i zrobić to pewnie i równo. Nawet przy kryzysie i tak zrobiłbym życiówkę. Lepszy wróbel w garści, niż kanarek na dachu. Ale z drugiej strony: no risk, no fun. Sam już nie wiem, po której stronie jestem. Od razu mówię, choć zabrzmi to może buńczucznie: oddałbym puchar i 300zł nagrody za możliwość złamania 35min. Bez 2 zdań. I nie zrozumcie mnie źle: użalam się wyłącznie nad moją głupotą. Dziś licytowałem jednak zbyt wysoko i z kasyna o nazwie „Zawody biegowe” wychodzę (prawie) z niczym. Ale za to Biegowa Bozia dała kolejną lekcję pokory. I cenne doświadczenie. Wrócę mocniejszy. Już niebawem. 🙂

Dziękuję też AK-ska Photo i Organizatorom Gdański Ośrodek Sportu za zdjęcia!

 

 

 

Tags: , ,

Related Articles

Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.
Burdello Bum Bum… czyli… jak zdobyłem medal Mistrzostw Polski
Po prostu nie da rady… czyli… relacja z Pomerania Trail 43km
Menu