Biegi

Przedwiośnie… czyli… relacja z TUT 2022

Brak komentarzy

W ostatniej edycji TUTa (Trójmiejski Ultra Track) brałem udział w 2020, jako… kibic. Ja biegałem wzdłuż trasy z Kamilą w wózku, a Magda towarzyszyła nam na rowerze. Kibicowaliśmy sporej grupie znajomych, biegnących na różnych dystansach. Na mecie spędziliśmy sporo czasu i choć pamiętam, że było zimno, to atmosfera była gorąca i bardzo sympatyczna. Ktoś mnie wtedy zapytał: „A ty czemu nie biegłeś?”  A ja na to: „yyyyyyy, w sumie… to nie wiem…”

I wtedy obiecałem sobie, że wystaruję w kolejnej edycji. Bo TUT jest marką samą w sobie, z wzorową organizacją i bardzo fajnymi ludźmi. Plus trasa. Nasza trójmiejska. Najlepsza 🙂

Pamiętam też jak kilka tygodni po TUT 202o Tomek Kaszkur (który biegł wtedy dystans 42km) powiedział u progu pandemii, że to były ostatnie zawody biegowe jakie znamy. W sumie… wiele się nie pomylił, w każdym razie przez pewien czas.

TUT powrócił na chwilę w maju 2020, gdy otwarto lasy (z perspektywy WTF??!!) w formie zabawy jako TUT Challenge czyli korespondencyjna rywalizacja na 5.5km segmencie na Stravie. Byłem wtedy 3ci i wygrałem fajną chustę Buffa.

Edycja 2021 została odwołana przez przeciągający się lockdown, zgodnie z maksymą „albo grubo, albo wcale”. Pozostało więc oczekiwanie na 2022…

Tak wyszło, że TUT to mój pierwszy start w tym roku, ale też 3ci pod rząd bieg trailowy, po Pomeranii 43km i Garminie 27km. Jest to o tyle nietypowe, że w dalszym ciągu uważam się bardziej za zawodnika biegów płaskich niż przełajowca. Nie było jednak w międzyczasie żadnych biegów ulicznych, a do końca listopada moja forma była raczej w lekkim dołku. Dopiero gdzieś od połowy grudnia ogarnąłem się i wszedłem w dobry rytm treningowy. Mając w kalendarzu TUT na początku marca i na miesiąc przed docelowym startem sezonu wiosennego – Gdańsk Maraton, wiedziałem pod co trenuję. Pod tym kątem zdecydowałem się na dystans 21km, a nie np. 42, tak aby się nie zajechać i móc bez przerw kontynuować cykl treningowy. Styczeń i luty były solidnie przepracowanym okresem, tak więc nadszedł czas na sprawdzenie formy. Oczywiście, w biegu trailowym ocena dyspozycji jest bardzo subiektywna i nie da się jej wprost odnieść do uzyskanego czasu. Tak czy siak, gotowy byłem szybciej nóżką pokręcić.

Krótko o ubiorze i sprzęcie: termo i koszulka, długie legginsy, chusta na głowie, lekkie rękawiczki, kamizelka, 1 niepełny flask z wodą, telefon, folia NRC, a na nogach Peg Trail 2. I tyle… Nie zabrałem batonów czy żeli, za to zjadłem solidną drożdzówkę przed wyjściem z domu i popiłem kawą. Aha, barwy były symboliczne: żółto-niebieskie.

Zaparkowałem sprytnie na Niedźwiedniku, skąd miałem 1,5m na start lub metę. W ramach rozgrzewki zaliczyłem ostatni kilometr trasy, oddałem kurtkę do depozytu i na starcie stawiłem się na jakieś 10min przed „gwizdkiem sędziego”.

Założenie miałem jedno – zacząć spokojnie, rozważnie badać sytuację i zachować siły na koniec. Dlatego też wielką górę na samym starcie pokonałem tak wolno, że na szczycie byłem chyba 40ty. Tam zacząłem się rozpędzać i wyprzedać długą karawanę biegaczy. Po pierwszym kilometrze byłem gdzieś 10ty. Po pierwszym ostrym zbiegu i podejściu wylądowałem na 6tej pozycji. Tak biegłem kolejny kilometr i sukcesywnie zbliżyłem się do 5tego zawodnika. Przede mną jakieś 200m była pierwsza trójka oraz 4ty zawodnik, który nie wytrzymał tempa czołówki i został sam. Tak minęły kolejne 2 kilometry i na długim podbiegu dorwałem kolegę i na spokojnie usadowiłem się na 4tej pozycji. Pierwsza trójka powoli lecz sukcesywnie się oddalała i choć miałem ochotę przycisnąć, to wiedziałem, że to bilet na księżyc w jedną stronę. A ja bardzo chciałem wrócić do domu…

I tak na prawdę od ok 7go km zostałem sam i pozostało mi kontrolowanie pozycji. Biegłem więc swoje, trasą doskonale mi znaną. Warunki były przyjemne, ubrany byłem odpowiednio, nóżka podawała, a ja nie musiałem z siebie wypruwać flaków, ani sie czymkolwiek stresować. Przed punktem odżywczym w Dolinie Radości dogoniłem 2 zawodników z dystansu maratońskiego, w tym Wojtka Kuźniara. Z oferty cateringowej firmy TUT nie skorzystałem, zostawiłem sobie tę przyjemność na sam koniec. Minąłem po chwili zawodnika z TUT68 i kolejnych kilka kilometrów minęło bez większych rewelacji. Przy Dworze Oliwskim, na ok 16km miałem średnie tempo bodajże 4:23, ale wiedziałem że ostanie 5km to ostry łomot. Seria podbiegów/podejść oraz samobójczych zbiegów, jedna za drugą uwalniały w nogach kwas mlekowy w ilościach hurtowych, a tempo drastycznie spadało. Kilka razy obejrzałem się za siebie, czy jest jakiś pościg i wyglądało, że 2 zawodników się nieco zbliżyło. Wszystko było jednak pod kontrolą aż do samej mety. Sympatyczna końcówka, słynny ostry zbieg i TUT21 edycja 2022 zakończyłem jako 4ty zawodnik Open z czasem 1:36 oraz tempem 4:38. Na mecie chyba dosłownie pół minuty wcześniej zameldował się Adam, też 4ty, ale na dystansie 42km. Kilka piątek i wyrazów uznania dla czołowej trójki, w tym Łukasza „Bażanta” Kuropatwy – jest w trailu wyraźnie szybszy – objechał mnie w Pomeranii 22, Garmin 27 i teraz na TUT 21. Ale nie cierpię z tego powodu ani odrobinę. Zawsze mogę zaproponować rewanż na ulicy 🙂

I w zasadzie tyle… chwyciłem coś do jedzenia, poleciałem do auta i wróciłem do domu, wziąłem prysznic, zapakowałem Kamilę do auta i pojechaliśmy kibicować Igorowi na turnieju siatkówki. Potem wróciliśmy na metę TUT na dekorację – zająłem 3cie miejsce w kategorii mieszkańca Trójmiasta (bardzo szeroko rozumianego trzeba dodać), więc coś mi tam skapneło. (TUT nie ma kategorii wiekowych).

Podsumowując: świetna impreza, pozytywni ludzie, optymalne warunki pogodowe, fajny trening i sprawdzian formy. Do minusów – tu nie będę oryginalny – zaliczam dublowanie się nagród – niezrozumiałe dla mnie zupełnie i liczę, że zostanie to poprawione za rok.

Został mi miesiąc do Gdańsk Maraton. Ostatnia prosta, 2 tygodnie mocnego treningu, a potem już zejście z objętości i tapering przed startem. Tunel pod Martwą Wisłą czeka… 🙂

Dziękuję za piękne fotki: Oleszak Fotografia oraz Ak-ska Photo.

Tags: , ,

Related Articles

Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.
Po prostu nie da rady… czyli… relacja z Pomerania Trail 43km
Menu