Biegi

Pogodowe skrajności, infekcje i inne atrakcje… czyli… podsumowanie przygotowań i relacja z Energa Gdańsk Maraton i PKO Półmaraton Poznań

Brak komentarzy

Styczeń i Luty

I znów zaliczyłem sporą przerwę w aktywności blogowej, aczkolwiek cała zima była dość monotonna biegowo, pozbawiona startów i w sumie nic wartego opisania się nie wydarzyło. Trenowałem dość systematycznie, styczeń był całkiem mocny, tak jak i 3 tygodnie lutego. Warunki pogodowe były zmienne, jak to u nas, ale czy mróz czy śnieg czy wichura biegałem wytrwale. Dla odmiany pobiegałem też tydzień w ciepełku na Florydzie. Zaliczyłem kilka fajnych longów, pojawiłem się na kilku parkrunach i tak jakoś dojechałem do końcówki lutego. Wtedy wyjechałem na narty do Włoch i postanowiłem nie biegać w tym czasie, bo i tak byłoby to raczej udawanie, a nie żaden sensowny trening. Na nartach zaś solidnie się najeździłem, pobiłem (chyba) rekord życiowy osiągniętej prędkości, a na pewno takiej, którą sobie mogłem zmierzyć (90kmh) i więcej nie zamierzam tego powtarzać 🙂

Marzec

Plany treningowe na marzec były ambitne. Miały być regularne konkretne longi w każdą niedzielę, sporo mocnych interwałów, podbiegów, wytrzymałości tempowej itp itd. Wyszła dupa. 3 marca mnie rozłożyło i z infekcją niewiadomego pochodzenia męczyłem się praktycznie przez równy miesiąc. Co już myślałem że jest lepiej, to każde wyjście na trening weryfikowało, że kaszel, katar i zawalone zatoki rozgrywają mnie jak chcą. 4 różnych lekarzy, testy CRP i combo, EKG, RTG płuc itp. Rozpocząłem też branie antybiotyku, ale skończyło się na jednej tabletce i akcja została anulowana. Koniec końców wygrałem z chorobą, ale straconego czasu nikt mi nie zwróci i choć może i moja forma nie spadła jakoś dramatycznie, to bez kluczowego okresu przygotowawczego stanąłem na progu sezonu startowego. A kwiecień zapowiadał się intensywnie…

Kwiecień

Plany startowe w kwietniu to dokładnie:

  • 6 kwietnia – Energa Gdańsk Maraton (sztafeta)
  • 13 kwietnia – PKO Półmaraton Poznań
  • 27 kwietnia – TCS London Marathon

Wg mnie bardzo ładny plan, rozsądny i jeśli chodzi o terminy i dystanse. Oczywiście pozycja wyjściowa była jaka była, więc de facto udział w sztafecie miał mi dać jakiś punkt odniesienia i pole do weryfikacji ew. ataku na życiówki podczas kolejnych startów (ale wielkich oczekiwań nie miałem).

Energa Gdańsk Maraton

Pomysł wystawienia sztafety wyszedł od mojej Magdy jeszcze w styczniu. Oferta udziału trafiła do przyjaciół z tzw. Grupy Grill i tak też została ochrzczona nasza ekipa biegowa. W jej skład wchodziła Gosia, Maciej, Jarek i ja – biegliśmy właśnie w tej kolejności, a dystanse to 3x10km, a mi na koniec przypadło 12km i wbiegnięcie na metę. Oczywiście każdy uczestnik biegł z przekazywaną sobie pomarańczową pałeczką, w której ukryty był czip do pomiaru czasu.

Pogoda tego dnia była lekko mówiąc kiepska, a momentami wyjątkowo kiepska. Temperatury rzędu 2-5 stopni, ale mocny, porywisty wiatr dawał odczucie temperatur na minusie. Start przewidziany był na godz 9:00, a spotkaliśmy się na stadionie Polsat Plus Arena Gdańsk ok 8:00. Stąd Maciej i Jarek odjechali autobusami na swoje zmiany, ja odprowadziłem Gosię na start, po czym wsiadłem na rower i pojechałem kibicować. Trasa była na tyle zakręcona, że oglądanie biegaczy było bardzo łatwe – najpierw poczekałem na mniej więcej połowę stawki tuż po starcie, potem na 6tym km, a potem dojechałem do 1szej zmiany pod ECS. Tam czekał już Maciej, jak również sporo znajomych. Gosia spisała się na medal i swój dystans pokonała wyjątkowo sprawnie.

Pałeczkę przejął Maciek, a ja wraz z Gosią podskoczyliśmy pod Zieleniaka, żeby spotkać biegaczy, w tym Maćka. Następnie popędziłem wzdłuż całej stawki ulicą Grunwaldzką, chwyciłem w locie kawę i bułkę i dotarłem do 2giej zmiany i Jarka. Tam aż się zagapiliśmy, bo Maciek też pojawił się szybciutko i sam nas wypatrzył. Jarek przeskoczył przez barierkę do strefy, przejął pałeczkę i pomknął przed siebie. Ja pogadałem chwilę z Maćkiem i ruszyłem na skróty ul. Kołobrzeską i Chłopskiej i w prawo w Rzeczpospolitej do mojej strefy. Zostawiłem rower, plecak, zdjąłem 2 warstwy ubrań z 6, które miałem na sobie, zrobiłem 2km rozgrzewki, zostawiłem kolejną bluzę i poczekałem na Jarka. Był zgodnie z planem, złapałem więc za pałeczkę i poleciałem przed siebie. Planowałem biec w tempie ok 3:40-45. Mijałem masy biegaczy, głównie maratończyków, ale tez konkurencyjne sztafety. Biegłem Chłopską, Pomorską, do Parku Reagana, później ścieżką rowerową wzdłuż morza, do molo w Brzeźnie. Tam minąłem ekipę na 3:30. Dalej w prawo do parkingu na skrzyżowaniu Jana Pawła i Czarny Dwór, po czym poleciałem w stronę Letnicy, przez wiadukt. Wtedy pogoda się załamała i zaczęła się śnieżyca. Momentami pod wiatr nic nie było widać i cieszyłem się, że było to pod sam koniec.

Najfajniejsze było przed metą, gdyż regulamin pozwalał całej sztafecie na wspólne wbiegnięcie na stadion i zrobienie rundki wokół płyty. Wbiegliśmy więc razem na metę i ogólnie było bardzo sympatycznie. Swoje 12km pobiegłem w tempie 3:42, a nasz całościowy rezultat to 3h23min i 22gie miejsce na 126 sztafet oraz 12te na 60 w kategorii sztafet mieszanych (damsko-męskich). Ogólnie bardzo fajne wydarzenie, totalnie na luzie, bez spiny i fajnie spędzony czas. Do tego Magda dojechała do nas na metę pokibicować. Nawet pogodzie można więc wybaczyć… 🙂


17. PKO Półmaraton Poznań

W Poznaniu nie biegałem nigdy. Nawet specjalnie nie znam miasta, byłem tam kilka razy, ale bardziej przejazdem. Teraz miałem okazję pozwiedzać co nieco. Ponadto Poznań to wg wielu biegowa stolica Polski (o prymat walczy z Warszawą i całkiem ciekawe są to dyskusje) – to tu mamy Recordową Dychę, Półmaraton, Wings for Life, Bieg Niepodległości i wreszcie jesienny Maraton. Jak zsumujemy tych 5 biegów (nie licząc pozostałych mniejszych imprez), to łączna frekwencja bije na głowę resztę miast. Oczywiście wszystko to bierze się z doskonałej organizacji, mnóstwa pracy i serca włożonego w przygotowania imprez. Teraz nadeszła moja kolej na sprawdzenie cudzych opinii.

Pierwotnie oczywiście miał to być atak na życiówkę, najlepiej solidnie poniżej 1:18, ale tu argument z kategorii „już przecież dałem sobie sensowną wymówkę i zdania nie zmienię” od razu jasno postawił warunki rywalizacji samego ze sobą. Do tego prognozy pogody były na absolutnie innym końcu skali niż to czego doświadczyłem zaledwie kilka dni wcześniej w Gdańsku. Anyway, bez zbędnej presji pojechaliśmy z Magdą i Kamilą w sobotę, odbierając pakiet w kompleksie MTP w samym centrum i potem dalej do Leszna, gdzie nocowaliśmy u rodziny.

W niedzielę 13.04 pojechałem z samego rana na start, a Magda, Kamila oraz Ciocia i Wujek dojechali później. Procedura była standardowa i bezproblemowa. Organizacyjnie faktycznie wszystko na najwyższym poziomie. Jedyna wada, ale to wyłącznie moja wina, to brak miejsca na rozgrzewkę przy swojej strefie startowej. Nie dziwi to jednak wcale przy 14tys biegaczy. Trzeba było po prostu pójść kilka uliczek dalej potruchtać na większej przestrzeni. Ja, nie wiadomo dlaczego, wybrałem kręcenie kółek na malutkim placyku i wyszło może z 1,5km.

Start o 10:00 w bardzo fajnej atmosferze. Robiło się gorąco i już byłem sam sobie wdzięczny, że na głowie miałem czapkę z daszkiem. Ruszyliśmy i przez pierwsze 2-3km było lekko z górki i biegło się fajnie. Ale to bardzo szybko się skończyło, gdyż biegnąc w pełnym słońcu, praktycznie bez wiatru, z temperaturą w cieniu ok 20 stopni, widziałem, że tutaj nic wielkiego się nie wydarzy. Utrzymałem tempo ok 3:42 przez jakieś 6-7km i potem zupełnie bezproblemowo zdecydowałem, że tutaj wielkie ściganie się skończy i trzeba racjonalnie pokonać resztę dystansu. Potraktowałem to jako mocny trening tempowy. Tempo obniżyłem do ok. 3:50, potem momentami nawet do 3:55. Stawka się przerzedziła, słońce paliło coraz mocniej. Kibiców było sporo i ogólnie to fajnie się biegło. Przez tak obraną taktykę wiele się w sumie nie działo. Po prostu biegłem sobie. Presja zniknęła, a szybka kalkulacja jasno mówiła, że nie da rady złamać nawet 1:20. Każdy wynik powyżej nie miał więc specjalnego znaczenia. Tak więc biegłem dalej i co ciekawe, prawie nikt mnie wyprzedził aż do samej mety, może 1-2 osoby, natomiast ja minąłem całkiem pokaźne ilości biegaczy. Sama końcówka to morderczy podbieg, tam chyba momentami tempo w okolicy 4:15, ale chwilę później była Magda z Kamilą, ostatnie 2 zakręty i po niebieskim dywanie dotarłem do mety. Czas: 1:21:22. 116ty Open, co nadal daje mi miejsce w topowym 1 procencie finisherów. Dodatkowo 5te miejsce w kategorii M45, ale podium zaczynało się od bodajże 1:15 🙂

Podsumowując, bardzo fajny bieg, dobra trasa, choć nie jest najbardziej płaska i trzeba mieć siłę wspiąć się na górkę przed metą. Sporo kibiców, świetna organizacja, piękna pogoda, choć oczywiście miało to swoje plusy i minusy i była to absolutnie powszechna opinia.

Wyjazd udany i teraz zostaje już tylko ostatnia prosta przed Londynem. A co tam nabiegam? Na pewno nie życiówkę, ale myślę, że pokuszę się o fajnego negative’a i tak rozłożę siły, żeby wstydu nie było. Po prostu chcę czerpać atmosferę tego biegu, na który tyle lat czekałem i wprost nie mogę się doczekać startu! Trzymajcie kciuki!

dziękuję AK-ska Photo, organizatorom Gdańsk Maraton oraz Tomaszowi Szwajkowskiemu za fotki

 

Tags: LondonMarathon, Londyn, Maraton

Related Articles

Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.
Stary ale jary… czyli… relacje z Biegu Westerplatte oraz Półmaraton Gdańsk