Maraton

Relacja z TCS NYC Marathon 2019 3/3

2 Komentarze

Jestem na mecie…. Boże, jaka ulga. Czuję teraz tylko totalny brak sił. Nie boli mnie nic konkretnego, po prostu mam dość. Idę kilkanaście metrów i widzę wolontariuszy z medalami. Tak, to ten upragniony!. Starsza pani zakłada mi go na szyję i szczerze gratuluje. Całuję go jakbym wygrał olimpijskie złoto. Fotografowie robią nam zdjęcia. Można się ustawić na ściance, co robię, ale chyba specjalnie mnie to nie interesuje. Szukam miejsca żeby usiąść. Tylko, że wszyscy każą nam iść dalej. To w zasadzie normalne, na nami jest jeszcze jakieś 52 tysiące zawodników i musimy im zrobić miejsce.

Idę dalej, choć stawianie kroków boli niemiłosiernie. Dostaję folię termiczną, bardzo ładną, z logo maratonu. Idę więc dalej, dostaję worek z napojem, bananem, batonem itp. Nadal nie ma gdzie usiąść. No nic, człapie dalej. Zagaduje mnie biegacz z Belgii. Też by se chłop usiadł… Zawodnicy którzy wybrali poncho dostają je szybko, na podstawie opaski na ręku. Ja wiem, że muszę iść dalej, do ciężarówek z depozytem. Jest ich kilkadziesiąt i zgadnijcie co! Zaczynają się od tyłu, a mam numer 2083!!! Muszę minąć cały rząd aut i wreszcie docieram, dostaje mój worek. Robi mi się zimno. Wreszcie mogę usiąść. Znajduję miejsce na trawniku. Zaczynam się przebierać. Powoli. Zjadam paczuszkę precelków i wypijam Izo…

Po 10min kieruje się ku wyjściu. Dostaję kanapkę i colę. Jest mi trochę niedobrze, ale zmuszam się do posiłku. Piszę smsa do Magdy potwierdzając miejsce spotkania. Wychodzę z Central Parku i idę w stronę strefy Family Reunion. Od przekroczenia linii mety mija chyba godzina, choć wydaje mi się jak by minął kwadrans. Pod literką B znajduję Magdę i padamy sobie w ramiona. Ma łzy w oczach, tak bardzo się o mnie martwiła…Idziemy powoli w stronę metra i wracamy do domu.

Przepełnia mnie uczucie porażki i niedosytu. Poczucie błędnych decyzji. Z drugiej strony wiem, że 2:56 to na prawdę dobry wynik. Mogłem mieć kontuzję, skurcze, problemy żołądkowe itp. I skończyć w czasie powyżej 3h lub nie skończyć wcale. Usiąść na krawężniku i płakać. A ja jestem na mecie, z pięknym medalem na szyi i zaliczonym kolejnym Majorem. I wtedy zaczyna się dziać coś niesamowitego: mijamy ludzi, na ulicy i w metrze i co chwila mi ktoś gratuluje. Czasem ze zmęczenia tego nie dostrzegam. Będąc blisko domu Magda wpada na świetny pomysł aby zajrzeć na trasę maratonu i pokibicować innym. Dochodziły do trasy na 35tym km i znajdujemy małą lukę przy taśmie.

Biegną tysiące kolorowych biegaczy. Pacemaker na 4:30. Potem na 4:35. Ludzie biegną, truchtają, idą, stają. Męczą się i cierpią, a inni w euforii skaczą i śpiewają. Czarnoskóry DJ puszcza dobre kawałki i świetna impreza trwa. A ja już się nie muszę męczyć. Niektórzy biegacze dostrzegają mnie w folii i z medalem na szyi. Ich spojrzenie wyraża albo wielką zazdrość lub podziw. Powoli zaczyna do mnie docierać: to czy nabiegałbym 2:49 czy 2:59 ma znaczenie tylko dla mnie. Dla bliskich i znajomych, śledzących mnie wirtualnie to nie ma znaczenia. I tak jestem szybki. Za mną jest ok 52tysiėcy biegaczy, tych tuż za moimi plecami i tych z czasem powyżej 6 czy 7h. Liczy się natomiast, że ukończyłem maraton w Nowym Jorku. Najwspanialszy na świecie, z klimatem jak nigdzie indziej.

Chwile refleksji na temat przyczyn „porażki” nie dają mi jednak spokoju. Kminię temat, jak zawsze. Przyczyn jest kilka… Ale nigdy nie dojdę co zaważyło. Na pewno zbyt szybkie tempo jak na ten profil trasy. Jest zbyt trudna. Mosty są zdradliwe. Każdy tak mówił…A ja nie słuchałem. Tak dobrze mi się biegło do 24-26km, potem z trudem ale trzymałem tempo. Do pewnego momentu. Do ok 34-36km. Potem wyłączono prąd. Paliwo w baku wyssane do końca. Klasyczna ściana. Dopadła mnie. Nie czekałem na nią, nie bałem się jej nadejścia. Ale była tam. I czekała. Na Piątej Alei w Nowym Jorku. Cierpliwie wybierała sobie ofiary jak kostucha z kosą.

Co jeszcze mogło zaważyć? Może trochę za dużo chodzenia w sobotę. Może rozruch w sobotę był niepotrzebny lub zrobiony za szybko. Może za mało nawadniania. Może wyjazd służbowy przed wylotem do NYC i cała podróż? Może różnica czasu…? Trudno powiedzieć. Ale wiem jedno – maraton to nie przelewki. Balansując na granicy można bardzo łatwo spaść w przepaść. Realnie, na tej trasie, przy lepszej dystrybucji energii mogłem pobiec 2:53. Może nawet 2:52. Na płaskim, jak w Berlinie, czy nawet w Gdańsku, pewnie otarcie się o 2:50 jest do zrobienia. Czy zaryzykuję w kwietniu w Gdańsku, na domowym gruncie? Jeszcze nie wiem, może spróbuję z negative splitem.

Wiem natomiast, że kolejny Major już za 11 miesięcy w Chicago. Tam jest płasko, tam jest szybko, tam właśnie padł kosmiczny rekord świata wśród kobiet. Na pewno będę tam mądrzejszy o doświadczenie i silniejszy o kolejne tysiące kilometrów na treningach.W Nowym Jorku wygrałem natomiast niesamowite emocje i wspomnienia na całe życie. Tego nikt mi nie odbierze.

Dziękuję Kochanie, że byłaś tam ze mną. A teraz, w nagrodę, pora na słoneczną i ciepłą Kalifornię .?

Tags: , , ,

Related Articles

2 Komentarze. Zostaw komentarz

  • „Powoli zaczyna do mnie docierać: to czy nabiegałbym 2:49 czy 2:59 ma znaczenie tylko dla mnie.”

    No nie przesadzaj… jak biegłeś jechałem samochodem na trasie Chojnice-Gdańsk, Baranowski co kilometr wysyła mi update z Twoim tempem z dokładnością co do sekundy, a żona odczytywała wiadomości.

    Odpowiedz
  • Tomek. Z dużymi emocjami czytałem Twoją relację! Gratuluję wyniku! Trzymam kciuki za zdobycie kolejnych skalpów… sorry Majorów 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wypełnij to pole
Wypełnij to pole
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.
You need to agree with the terms to proceed

Relacja z TCS NYC Marathon 2019 2/3
Ile biegać..? czyli… co mówią liczby
Menu