BiegiMaraton

Po prostu nie da rady… czyli… relacja z Pomerania Trail 43km

Brak komentarzy

Zacznę od konkluzji i nie będę wracał kolejny raz do grzechów minionego lata, czyli marnie przepracowanego (a raczej przebiegniętego) okresu, w którym moja forma sukcesywnie szła w dół. Pisałem o tym wcześniej, a proste wnioski jakie wysnułem w miniony weekend są takie, że:

1. zrobić formę to jedno, a utrzymać ją – to drugie…

2. z pustego i Salomon nie naleje

3. dystans maratoński boli, a w trailu nawet bardziej

4. lubię moje paznokcie u stóp i spuszczanie ich w kiblu po takich biegach jest dość smutną czynnością…

A konkretnie co się wydarzyło?

Po zupełnie nieudanym (czasowo) Biegu Westerplatte we wrześniu oraz wiedząc, że na maraton w Chicago nie mam szans się dostać (zamknięte granice USA), zapisałem się na Pomerania Trail w Barłominie, pod Wejherowem. Dystans z grubej rury, czyli 43km. Taki bieg pocieszenia. Oczywiście, z perspektywy, pod Chicago byłbym przygotowany, a tutaj gotowości do takiego dystansu i to w trailu nie miałem prawie wcale. Fakt, wrzesień udało się zakończyć z nieco lepszą objętością i kilkoma fajnymi treningami, ale cudów się nie spodziewałem.  Droga na szczyt (formy) to co najmniej kilka, jak nie kilkanaście tygodni solidnej orki. A u mnie raczej na zmianę Aperol i Martini Fierro…. Niemniej jednak, bardzo chciałem wystartować w czymś porządnym, z dobrymi opiniami oraz z liczną grupą znajomych. Takie małe biegowe święto.

Aha, byłbym zapomniał: moim taperingiem było przeziębienie i 4 dni bez biegania tuż przed startem. Nie wiem czy bardziej się wymęczyłem czy odpocząłem, ale chociaż nóżka była świeża i spragniona biegania 🙂

I tak 9. października zjawiłem się w stadninie koni w Barłominie w przepiękny sobotni poranek. Pogoda marzenie, szczególnie na życiówkę w biegu ulicznym. Na miejscu atmosfera piknikowa, dużo śmichów-chichów z bliższymi i dalszymi znajomymi. Z jednym z nich czekała mnie rywalizacja na trasie – to oczywiście Adam 2h59min.pl. Z tą różnicą, że Adam był przygotowany, a ja nie 🙂

Przebrałem się, założyłem plecak, a w nim: lekka kurtka, jeden żel, 1 baton, 2 flaski, w tym jeden napełniony wodą, telefon i obowiązkowa folia NRC. Na głowie chusta. Biegłem na krótko, ale miałem rękawki oraz kompresję. Buty: Nike Pegasus Trail 2.

Potem sprawy potoczyły się momentalnie, króciutka rozgrzewka, kilka zdjęć i o 10:00 ruszyliśmy w trasę. Nigdy tu nie biegałem i nie wiedziałem czego się w sumie spodziewać. Widziałem i słyszałem o kilku podbiegach, w tym na Jelenią Górę, z piękną panoramą Kaszub. Ale jak szacować tempo i rozłożyć siły? Nie miałem pojęcia.

Po kilku kilometrach stawka się rozciągnęła. Zostałem w sumie tylko z Adamem, a 5 zawodników powoli się oddalało i głos rozsądku podpowiedział mi, że lepiej ich zostawić, niż trzymać się ich za wszelką cenę. Za dużo kilometrów przed nami. Adam tylko to potwierdził stwierdzeniem „zobaczymy kto kiedy odpadnie…”

Przez większość biegu biegliśmy więc sobie jak na zwyczajnym wspólnym treningu, rozmawiając o tym i owym. Trasa nie była specjalnie wymagająca, często bardzo płaska i szeroka, a podbiegów było mało. Dopiero na ok 9.km dotarliśmy pod wspomnianą wcześniej Jelenią Górę i zaczęło się wdrapywanie. Dosłownie. Choć rąk nie używałem 🙂 Na szczycie była wieża widokowa (ponoć niektórzy zawodnicy na nią wchodzili) i ponoć piękna panorama Kaszub. Adam po chwili zapytał:

– Obejrzałeś się?

-Tylko na sekundę. Nic, tylko las. Morza nie widać…

I pognaliśmy dalej. Przynajmniej na zdjęciu widać co mnie ominęło… I tak, to nie są Bieszczady, tylko Kaszuby, jakieś 35km od wybrzeża Bałtyku…

Tempo mieliśmy solidne, w zależności od nachylenia terenu.  Ładnie żarło, ale jeszcze masa biegania przed nami. Na 14.km po długim i stronym zbiegu dotarliśmy do pierwszego punktu z jedzeniem i piciem. Adam nie wziął nic, ja chwyciłem 2 kawałki drożdżówki z twarogiem. Odcinek do i z punktu wiódł tą samą trasą, więc najpierw zobaczyliśmy zawodników przed sobą (Adam obliczył jakieś 2min straty), a po chwili zaczęliśmy mijać zawodników za nami (w tym Agę, która pewnie prowadziła wśród kobiet oraz Bartka „somsiada”).

Potem nie działo się w sumie nic godnego uwagi. Gdzieś od około 23.km dogoniliśmy zawodnika, który jednak okazał się biegaczem z dystansu 63. Potem pojawili się kolejni ultrasi. Dopiero po jakimś czasie dopadliśmy 5-tego w stawce. Wtedy to najpierw Adam mi się urwał, przegonił kolegę, potem przez kolejne 2km lecieliśmy po 3:55 jakąś leśną autostradą. Dorwałem obu na drugim punkcie, na którym się nie zatrzymałem. To pozwoliło mi zniwelować stratę i wskoczyć na 4/5 miejsce. Niestety woda powoli mi się kończyła, a baton energetyczny okazał się niejadalny i tak mi zalepił mordę, że równie dobrze mógłbym żuć roztopiony upałem asfalt. Generalnie kilka drobnych błędów taktycznych…

Niedługo po punkcie stwierdziłem, że szanse na utrzymanie się Adama są raczej małe, więc określiłem to stwierdzeniem: „Adam, jeśli chcesz się urwać, droga wolna, ja nie uronię nawet łzy”. I tak też się stało. Adam sukcesywnie zaczął się oddalać. Był to 30.km i od tego momentu zaczęła sie już moja równia pochyła ku biegowej przepaści.

Powiedzmy sobie otwarcie: w tym roku pobiegłem chyba 2 razy dystans powyżej 30km. Raz w wirtualnym maratonie w maju, a drugi raz na treningu z Antonim, w lipcu, w stylu sado-maso. No i co z tego wynika? Może i mam medal MP na 1500m w tym sezonie, ale mój organizm, bez treningu maratońskiego, nie jest w stanie gospodarować energią na długich dystansach. Zapas glikogenu został wyczerpany, a tłuszcze chyba spalały sie średnio. Pić pewnie też piłem za mało (a trzeba było profilaktycznie). Efekt: każdy kolejny podbieg hamował mnie jak kula u nogi. Wkrótce dogonił mnie kolega wyprzedzony na punkcie. Biegliśmy razem przez ok 2km, ale udało się lekko odskoczyć. Potem, co chwila mijając zawodników z dystansu 63, ale też z 25, dostrzegłem zawodnika na 4-tej pozycji. Na płaskim zbiegu wyprzedziłem go z łatwością, ale było to chyba apogeum moich biegowych możliwości tego dnia. Po skręcie w prawo rozpoczął się podbieg typu „silent killer”. Ciągnął się grubo ponad kilometr i choć nie był przesadnie stromy, to czułem się jakby mnie ktoś zaczął przybijać gwoździami do krzyża. Po chwili minął mnie najpierw jeden, a po chwili drugi konkurent i tak z 4-tej spadłem na 6-tą pozycję w ciągu chyba 2 minut. Trzymałem się ich jeszcze jako tako, ale moja motywacja do walki było wprost proporcjonalna do resztek sił, które mi zostały. A zależność jest prosta: możesz mieć tony motywacji, ale bez paliwa w baku możesz co najwyżej próbować złapać stopa…

Na samej górze był ostatni punkt. Stanąłem sobie i łapczywie wypiłem 2 kubki coli. Pychota. W sumie to już mi się nie spieszyło. Uzupełniłem flask wodą i ruszyłem prosto w stronę biegowego Hadesu… Po chwili stało się jasne, że koledzy nie zatrzymując się na punkcie, odskoczyli mi i nie było już szans na pościg. Oczywiście wtedy było mi już wszystko jedno, a chwilę później było mi jeszcze bardziej wszystko jedno. Kilka razy przeszedłem do marszu. Na płaskim. A co mi tam!! Dopiero gdy spojrzałem na zegarek, który zakwiczał równo 42km oraz czas 3:29:00 stwierdziłem, że chociaż dystans maratoński zrobię ponizej 3:30. Przyspieszyłem nieco i dałem radę (to mój trzeci najwolniejszy maraton w życiu). Taka zasada małych kroków.  Kolejnym krokiem było uniknięcie śmierci z wyczerpania, ewentualnie poprzez pożarcie żywcem przez borsuka lub jakąś wściekłą kunę. Na szczęście zegarek poprawnie pokazywał dystans i po 8 kolejnych długich minutach odkryłem, że jestem tuż przed metą. Ostanie 300m to niespieszny trucht z grymasem w stylu: „I’m a loser Baby, why don’t You kill me…” i spokojnie przekroczyłem linię mety. Fajerwerków nie było. Endorfin też nie. Był za to Adam i kilku znajomych w dystansu 25. Pogratulowałem Adamowi – zrobił fachową robotę. Niczym Kipchoge w Tokio odczekał i na 30.km odpalił wrotki, podczas gdy konkurencja powiesiła sobie wielki pustak na szyi i skoczyła z mostu. Pewnie i zasłużenie wbił się na podium. Aha, mega gratki dla Macieja i Artura. Dali radę chłopaki!! No i dla Agi od Adama: wygrana wśród kobiet z olbrzymią przewagą!

Zająłem więc 6-te miejsce open i 3-cie w kat. M40. Nie miałem jednak sił i ochoty czekać prawie 2 godzin na dekorację i chyba pierwszy raz w życiu się zwinąłem do domu. Nie byłem z siebie zadowolony. Czułem gorycz porażki z powodu utraty tych 2 pozycji po koniec. Ale powiedzmy sobie szczerze: jeśli miałbym dobiec 4-ty, to tylko wtedy gdyby konkurenci padli na ryj. A dzielnie się utrzymali i to mi powiedzieli „Sajonara, mały cieniasie!”.

Z perspektywy oczywiście na nic więcej liczyć nie mogłem. Nie w tej formie i nie w tym stanie. Czy cieszę się, że wystartowałem? Tak! To bardzo fajna impreza, przepiękne widoki, masa znajomych i świetna atmosfera. Czy jednak bilans zysków i strat jest dodatni…? Nie sądzę. Głównie dlatego, że moja prawa stopa została zmasakrowana, a dokładnie 2 paznokcie. To od razu wykluczyło mnie z biegania na kilka dni. Zakwasy i ogólny ból to normalka, choć doszedłem do wniosku, że bieg trailowy daje w kość bardziej niż maraton płaski. Oczywiście tempo inne, ale obciążenie dla nóg i nieregularność ruchu też z innej bajki. A szybkie zbiegi to czysty masochizm.

Czego się  jeszcze nauczyłem? Dystans około-maratoński nie wybacza błędów w przygotowaniu oraz taktyce. Nie mam w długich biegach trailowych doświadczenia – to był mój zaledwie 2-gi taki start i zapłaciłem za to. Po przemyśleniu sprawy doszedłem do wniosku, że odkładam tego typu zabawę i koncentruję się na maratonie ulicznym w przyszłym roku, a biegi trailowe skracam do dystansów sub30. Najbliższy taki start to Garmin Ultra Race 27km w Gdańsku na początku grudnia. To moje podwórko, mój dystans i tam sobie pośmigam. A teraz regeneruje się dalej. Piona! 🙂

Aha, niczego się nie nauczyli. Medal nadal wielkości 5-złotówki… 🙂 (żartuję, nie przeszkadza mi to).

Dziękuję też za prześliczne fotki organizatora. Absolutny top!

Related Articles

Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.
Przelicytowane… czyli… relacja z 59. Biegu Westerplatte
Menu