Od maratonu w Londynie minął już ponad tydzień, ale jakoś nie mogłem zgrać terminów z dziennikarzem, który zwykle przeprowadza ze mną wywiady po zawodach. Wreszcie się złapaliśmy dziś rano przeglądając się w lustrze i od razu zasypany zostałem gradem pytań. Najciekawsze z nich, a raczej najciekawsze odpowiedzi prezentuję poniżej.
Dziennikarz AlterEgo Baginsa:
Gdybyś miał opisać maraton w Londynie w 5 słowach, to jakie by one były?
Bagins:
- Ciepło
- Głośno
- Wesoło
- Emocjonująco
- Dogodnie
![]()
OK, fajnie, to teraz rozwiń je po kolei, to może z tego jakaś rozmowa się sklei… Mówisz, że ciepło było. Cieplej niż w Bostonie? Bo znowu będziesz zwalał winę na pogodę..
Było ok 21-22 stopni w cieniu pod koniec biegu. Ale już na starcie o 9:30 świeciło takie słoneczko, że można było stać ubranym na krótko i nie dało rady zmarznąć. Do tego brak wiatru, co oczywiście jest też plusem, ale nie przy takiej temperaturze. W Bostonie było generalnie trochę chłodniej…ale… ciężko to wytłumaczyć… chyba w zeszłym roku nie mieliśmy jeszcze wysokich temperatur w Polsce na wiosnę, do momentu wyjazdu do USA i sam dzień biegu był wyjątkowo ciepły. Organizm nie był zupełnie do tego po prostu przyzwyczajony. W tym roku w Londynie na takie ciepełko byłem przygotowany, bo mieliśmy wyjątkowo ciepły i słoneczny kwiecień w Polsce. Ogólnie, to bardziej spiekłem się w Bostonie niż w Londynie, ale też udar słoneczny czy coś w tym rodzaju, który miałem rok temu (teraz przezornie miałem już czapeczkę na głowie) był dowodem, że tamten bieg był trudniejszy jeśli chodzi o warunki (ale również z powodu profilu trasy). Niemniej jednak w Londynie na pewno nie były to warunki na życiówkę, chyba, że ktoś całą zimę trenował sobie np. na południu Hiszpanii. I na nic nie zwalam. Nie biegłem po rekord życiowy i jasno to zapowiedziałem. Tak, chciałem pobiec poniżej 2:50, ale dość szybko odpuściłem temat.
![]()
![]()
Dlaczego? Słaba psycha?
Trochę tak. Trochę też sobie powiedziałem, że każdy wynik inny niż życiówka nie ma specjalnie żadnego znaczenia – ani dla mnie, ani dla mojej rodziny, ani na przyszłości naszej planety. Generalnie, to zrozumiałem, że „noone gives a shit”, a ja, dość nowatorsko jak na mnie, stwierdziłem, że jak pobiegnę ciut wolniej, to mniej się zmęczę i będę miał więcej sił na inne atrakcje niż bieganie.
OK… No to faktycznie, jesteś pewnie pierwszym w historii maratonu, który do takiego wniosku doszedł. Zacząłeś jednak całkiem żwawo – po ok 3:55min/km. Ze splitów wynika, że lekko odpuściłeś po 5tym km, a kolejne zwolnienie zanotowałeś w okolicach 30tego kilometra. Taki był plan? Gdzie te ciche zapowiedzi negative split?
Trasa maratonu ma względnie płaski profil – oczywiście nie tak płaski jak Berlin czy Chicago, ale nie jest to tak wymagający bieg jak Nowy Jork czy Boston. Natomiast pierwsze kilka kilometrów jest z góry i biegnie się łatwo i szybko. Potem, gdy zaczyna się biec bliżej brzegu Tamizy jest w miarę płasko, ale ogólnie to lekkie podbiegi i zbiegi są cały czas. Spory podbieg jest na ok 28-29tym km w dzielnicy Canary Wharf. To akurat zbiega się z momentem krytycznym wytrzymałości i albo się ten kryzys przetrwa, albo polegnie. Ja po prostu zwolniłem. Taktycznie.
![]()
Ale na jakiś wynik cały czas liczyłeś? Jakieś honorowe minimum? Jaki wynik wystawiłby Cię na pośmiewisko na Twoim podwórku?
Absolutne minimum to złamanie 3h. Taki jest cel na wszystkie 6 biegów z cyklu. Póki co miałem 2:56, 2:56, 2:53, 2:55, więc poziom chciałem utrzymać. W Londynie gdyby mnie ktoś zapytał na jakimś 33tym km w jaki wynik celuję na mecie, to obstawiłbym tak 2:55. Ale miałem wtedy już trochę dość. I pewnie, że przy życiówce 2:46 to są słabe czasy, ale to jest inna kategoria. Nawet wymyśliłem sobie hasło „Majorsy biegam dla emocji, a życiówki robię gdzie indziej”.
Taaa.. jasne. No dobra, wyszło jednak 2:53:30. O 16sek gorzej od Chicago.
No tak, dlatego mam leciutki niedosyt, bo mogłem choć symbolicznie ten wynik pobić. Z drugiej strony, z perspektywy, mogłem tego dnia złamać te 2:50. Ale… nigdy nic nie wiadomo. To, że na mecie, kilka godzin później, następnego dnia czy 3 dni później czułem się dużo mniej zmęczony niż po poprzednich biegach, daje pewne złudne poczucie, że pobiegłem na pół gwizdka. Ale, jak już wielokrotnie pisałem, granica pomiędzy pobiegnięciem z zapasem, a biegiem na 100% jest zaskakująco wąska. A więc.. może tak, a może nie.
![]()
Tłumaczyłeś się w poprzednim wpisie, że przez chorobę w marcu nie jesteś w formie. Banał straszny, ale masz na to niby papiery od 4 lekarzy. Byłeś faktycznie słabszy tego dnia?
Na pewno byłem. Na pewno gdzieś mi te 3-4 minuty uciekły, a może nawet więcej. Ale miałem już zgon w Nowym Jorku i Chicago na trasie, oraz na mecie w Bostonie, więc tym razem nie miałem racjonalnych podstaw, żeby biec ponad siły. Może staję się bardziej odpowiedzialny biegowo 😉
![]()
No dobra, mamy zatem podsumowanie wynik sportowego. A teraz powiedz coś więcej o atmosferze, kibicach, organizacji. Mówisz, że było głośno i wesoło.
Tak, atmosfera podczas biegu była niesamowita. Ilość kibiców była oszałamiająca. Myślę, że było ich więcej niż w NYC i Bostonie, a na pewno niż w Chicago czy Berlinie. (NYC i Boston są trudne logistycznie do kibicowania, bo ciężko się przemieszczać wzdłuż trasy). W Londynie było mega głośno, kolorowo, radośnie, a przebiegnięcie przez Tower Bridge było naprawdę wzruszającym momentem. Klimat tego biegu jest niesamowity i trzeba to samemu przeżyć, żeby zrozumieć.
Najfajniejszy transparent jaki widziałeś na trasie?
Chyba… „Imagine this doesn’t upload to Strava and You have to run it all over again”. Ale ogólnie to Nike zrobiło mega robotę marketingowo, bo choć to New Balance był sponsorem technicznym maratonu, to Nike wynajął wielkie dźwigi, na których powiesili gigantyczne czerwone banery z mocnymi hasłami. Hasła „Fancy another half?” (gdy akurat mija się znacznik połowy dystansu), „Today is bloody tough. But so are you” lub „Hate every second, love every mile” fajnie się czyta podczas biegu.
![]()
A co znaczy, że było „dogodnie”?
W tym roku mieliśmy z Magdą tę niewątpliwą przyjemność zatrzymania się u mojej kuzynki Kasi i jej męża Roba, którzy mieszkają niecałe 2 mile od startu oraz jednocześnie na samej trasie maratonu na 28tym kilometrze. Logistycznie rewelacja, bo rano po prostu poszedłem sobie spacerem na start, przechodząc 120-letnim tunelem pod Tamizą i dalej przez Greenwich Park. Pewnie, powrót do domu zajmuje wtedy więcej czasu (meta jest pod pałacem Buckingham), ale po biegu już na nic człowiek się nie spieszy. Ogólnie to rozłożyliśmy się na kocyku w parku St James, a potem kibicowaliśmy biegaczom na ok 600m przed metą. Biegli akurat na 3:45-55 i nie uwierzycie ilu zawodników po prostu się przewracało z wyczerpania tuż przed metą. Natomiast gdy wróciliśmy do domu ok godz 16, to pod domem cały czas biegli zawodnicy, a kibice cały czas tam byli! (poniżej widok z okna).
![]()
A jak organizacja tak wielkiej imprezy? Przypomnę tylko, że był to największy maraton w historii z ponad 56tys finisherów.
Wszystko było na tip-top. Od odbioru pakietów bez żadnych kolejek, choć była to sobota (ciekawostka – numery startowe są drukowane na miejscu i można podejść do dowolnego stanowiska), przez strefy przedstartowe (tu zaimponował mi brak kolejek do kibelków oraz papier toaletowy, który był na jeszcze na 20min przed startem!), po całą obsługę na mecie, wolontariuszy, zabezpieczenie itp. Sama trasa pozwoliła Magdzie sprawnie poruszać się metrem i na piechotę pomiędzy kilkoma punktami, ale jest mistrzynią logistyki maratońskiej i każdy kibic mógłby do niej pójść na szkolenie.
![]()
Jakieś minusy?
Woda w butelkach. Naprawdę nie potrafię tego zrozumieć (w Walencji było tak samo). To są setki tysięcy małych plastikowych butelek. I trzeba je najpierw odkręcić. I nigdy nie wypija się całej butelki. Może też sam start nie był tak podniosłym momentem jak w innych Majorsach. Albo może ja to tak odbieram. Nowego Jorku i tak nic nie przebije.
![]()
Czyli ogólnie wrażenia pozytywne?
Jak najbardziej. Polecam każdemu. Choć dostać się jest piekielnie trudno. Losowanie na 2026 (już zakończone) to 1.1 miliona zapisanych, a miejsc z losowania jest 17tys….. To daje szansę jak 1 do 64. Ale jak się teraz napisze do Pana Henryka z Piły, to może będzie miał do sprzedania sam pakiet bez całej reszty (hotele, przeloty, transfery itp). Tanio i tak nie jest, ale warto.
Ok. I szczególne podziękowania dla…?
Mojej Magdy za to, że jest częścią tej przygody od ładnych kilku lat oraz dla Kasi i Roba za gościnę! To był niesamowity weekend. Teraz czas na Tokio 🙂