Biegi

Cios w twarz… czyli… relacja z Biegu Urodzinowego w Gdyni

3 Komentarze
[EDIT] Tuż przed końcem pisania tego tekstu przeczytałem o tragedii jaka zdarzyła się dziś na mecie Biegu Urodzinowego w Gdyni: zmarł 48-letni mężczyzna, prawdopodobnie na zawał. Przykro mi z tego powodu i współczuję rodzinie zmarłego. W obliczu takiego zdarzenia wszelkie dywagacje na temat mojego takiego lub innego czasu na mecie nie mają absolutnie najmniejszego znaczenia, warto więc czasem znaleźć odpowiedni punkt odniesienia i zastanowić się co ma w tym naszym bieganiu faktyczne znaczenie, a co nie. Jednocześnie pamiętajmy: bieganie jest sporym wysiłkiem fizycznym i na prawdę warto się regularnie badać, szczególnie jeśli jesteśmy w grupie podwyższonego ryzyka.

………

To z pewnością moja najszybciej rozpoczęte pisanie relacji (choć opublikowana dopiero po kilku godzinach), ale jakoś czułem, że muszę to z siebie wyrzucić czym prędzej i zobaczyć czy to jakoś pomoże. A że fajnie się czyta jak coś komuś nie wyjdzie, to zapraszam 🙂

Start w Biegu Urodzinowym na 10km w Gdyni to pierwszy przystanek w mojej startowej podróży tej wiosny (a w zasadzie przedwiośnia).  Jako plan, bardzo fajnie się to układa: najpierw dyszka, potem półmaraton, a na koniec maraton. Dystanse coraz dłuższe, a każdy start daje cenne wskazówki i pokazuje gdzie jestem i na ile mnie stać na kolejnym biegu. Nie ukrywam, że cel na ten konkretny bieg miałem jasny – życiówka, czyli czas poniżej 36 minut. Tylko że… przez samozachwyt wynikiem na parkrunie w połowie stycznia i radość z odkrycia nowych butów, pchnęły mnie w niebezpieczne rejony rozmyślań na temat moich możliwości na dystansie 10km. Skoro na dość trudnej trasie parkruna pobiegłem 16:55, to czas poniżej 36 minut na dyszkę wydawał się na prawdę łatwym kąskiem. A że lubię wyzwania, więc wymyśliłem sobie, żeby zaatakować czas z 34 z przodu… a to minutę szybciej. Na dyszkę to przepaść. Nierealne? Wcale nie… tylko, że… to tak wyśrubowany czas, jak na moje możliwości, oznacza więc, że na sukces musi się złożyć kilka czynników. A tak się nie stało…

Ale po kolei. Odbiór pakietu był na dzień przed startem. Tu pierwszy minus. To nie jest mega wielka impreza i jeszcze do niedawna można było odebrać pakiet w dniu startu, na ok. godzinę przez wystrzałem startera. To bardzo wygodne i nie trzeba jechać 2 razy na drugi koniec Trójmiasta. Niestety, zasadę zmieniono i trzeba się było pofatygować.

Drugi minus to fakt zamknięcia prawie całego Skweru Kościuszki dla ruchu kołowego i trzeba było dygać po pakiet z buta. Normalnie bym nie narzekał, ale spieszyłem się na 98-me (!) urodziny mojej Babci i trucht w płaszczu i butach do garnituru nie jest moją ulubioną formą aktywności. No trudno. Dramatu nie było, ale nie do końca rozumiem, czemu taką decyzję podjęto, bo tłoku przy odbiorze pakietów nie było wcale…

Trzeci minus, dla formalności, to cena za start (50zł) oraz zawartość pakietu startowego. Cena poszła w górę prawie dwukrotnie, a w zamian nie dostawało się praktycznie nic nowego. Marketingowy bełkot organizatorów i patrząc na liczne opinie i komentarze znajomych, to chyba wszyscy zrzucamy się na samochód dla zwycięzcy całego cyklu. A sam pakiet wyglądał tak:

I nie liczyłem na koszulki, chusty i nie wiadomo co… ale w Gdańsku maraton kosztował mnie 89zł... z koszulką, kilkoma punktami odżywiania na trasie, posiłkiem na mecie, do tego wynajęcie całej hali AmberExpo z zapleczem sanitarnym itp. Generalnie dużo więcej za niewiele więcej. A tu w Gdyni delikatnie mówiąc „wersja bieda”.

Wracając do samego biegu… Na starcie zameldowałem się na ok 40 minut przed początkiem biegu. 1,5 km rozgrzewki, zmiana butów i zrzucenie kurtki, oddanie do depozytu i kolejne 10minut truchtu i kilku przebieżek. Do strefy na 5minut przed startem i byłem gotowy na ściganie… A w strefie było jakoś wyjątkowo luźno… Nie żebym narzekał, ale jeśli spadek frekwencji był w jakiejś grupie czasowej, to byli to na pewno szybsi biegacze. Brakowało też rozmachu, do którego organizatorzy nas przyzwyczaili przez ostatnie kilka lat. Wizualnie było dużo skromniej – brak barierek, flag, kolorowych banerów-ścianek. Sam start też był w bocznej nitce Skweru, a nie po środku na deptaku. Nie było też wystrzału z ORP Błyskawica… No nic, trudno się mówi.. ale czułem, że jest biedniej.

Sam bieg taktycznie miał wyglądać tak: tempo równe 3:30min/km i w ten sposób miało mnie to dowieźć do czasu na pograniczu 35 i 36 minut. To o 6 sekund szybciej na km niż pobiegłem we wrześniu. Ale, jak napisałem, czułem się dużo mocniejszy. Mój błąd popełniłem jednak przed samym startem: nie wziąłem poprawki na wiatr. A wiało niemiłosiernie. Może nie cały czas, ale podmuchy były na prawdę potężne. W takich warunkach plan wypadałoby zmodyfikować. Niby trasa pozwala na nadrobienie straconych sekund gdy biegło się potem z wiatrem, ale to czysta teoria. W każdym razie ruszyliśmy równo o 10:00…

Pierwszy kilometr szybko, ale pod kontrolą. 3:26. Biegnąc ulicą 10 Lutego wiatr nie był jeszcze dokuczliwy, ale… gdy skręciliśmy we Władysława IV mocny podmuch w twarz dał pierwszy sygnał ostrzegawczy. Stawka się już podzieliła, a ja byłem w mniej więcej 3 lub 4-tej grupce i na pozycji ok. 20-25 miejsca.

Drugi kilometr przyniósł już stratę i czas 3:34… Trzeci to aż 3:40 i dokładnie tak samo kolejny. Grupka wyraźnie walczyła w wiatrem, a ja dałem na chwilę zmianę na jej przedzie. To wszystko kosztowało i czas i siły. Gonić kolejną grupę nie miało sensu… Czekałem na nawrotkę żeby przyspieszyć. Koło Centrum Eksperyment pomachałem Tacie, który wypatrywał mnie z balkonu. Sukcesywnie czułem jak wiatr i minimalny,  ale w sumie aż 3-kilometrowy podbieg wysysa ze mnie siły potrzebne na drugą część biegu. Modliłem się, żeby minąć już nawrotkę na pod koniec 4-tego km i zacząć bieg z wiatrem i lekko w dół. Gdy w końcu to nastało, grupa wyraźnie przyspieszyła, a ja nie zamierzałem rwać tempa aż tak mocno. Szybko stwierdziłem, że owi biegacze musieli oszczędzać dotąd siły, podczas gdy ja traciłem naboje w moim magazynku… Wtedy zwątpiłem po raz pierwszy…  i zostałem sam. Tempo faktycznie wzrosło do 3:30, ale nie było już takie łatwe ani przyjemne. Wiatr oczywiście nie pomagał tak samo, jak przed chwilą przeszkadzał… Po prostu nie czułem, żeby coś mnie pchało do przodu. Biegłem swoje, ale bardzo szybka kalkulacja mówiła mi, że rezultat poniżej 35 minut jest nierealny.  Czekałem na znacznik 5 km. Wypadło w 17:45, czyli byłem równo w połowie pomiędzy planem na 34:59 a 35:59. Tragedii nie było, ale to dopiero połowa dystansu…

Mijałem kilku znajomych, biegnących z naprzeciwka i jak zawsze miło słyszeć ich doping (szczególnie Marcina Gumowskiego 😁) 6-ty km w 3:32 i zacząłem jednak tracić pozycję. Do tej pory byłem 31-wszy, ale to miejsce zaczynałem sukcesywnie oddawać.. Szykowałem się na skręt w Świętojańską i ponowną walkę pod wiatr. Czas więc na plan B – przetrwać i walczyć o lekką, jakąkolwiek chociaż życiówkę…

Minąłem Daniela Penka, który stał z synkiem w wózku i wesoło mi pomachał i skręciłem w krótką uliczkę łącząca Władysława IV ze Świętojańską. Czułem na plecach oddech kolejnych biegaczy i zazdrościłem im zapasu energii. Ulica Świętojańska to legenda biegów w Gdyni – długa prosta będąca jednym wielkim podbiegiem – niezauważalnym gołym okiem, ale to taki „silent killer”. Dziś nie pokonywaliśmy jej na całej długości, a do przebiegnięcia był niecały kilometr. Pod górkę i znowu pod ten gówniany wiatr. A w dodatku byłem sam… I bez kibiców. Słynne tłumy wyparowały. W ogóle na całej trasie nie było prawie nikogo. Smutne… ale tak było… Po pewnym czasie minął mnie jeden zawodnik, wskoczyłem za niego, ale to raczej mizerny tunel aerodynamiczny, nawet dla mnie.  W bólach nabiegałem ten odcinek w 3:33 i po raz kolejny odliczałem w myślach metry do skrętu.

Na znaczniku 7km skierowałem się więc w ulicę Piłsudskiego i teraz było z góry. Problemy były dwa: pierwszy to mega podmuch wiatru tuż za zakrętem (wiatr szalał, co chwila zmieniając kierunek między budynkami, więc nie można było przewidzieć co się zaraz wydarzy). To był taki nagły mocny cios w twarz., jak błyskawiczny lewy prosty u boksera (Adam B. możesz poratować jakimś fajnym przykładem 😁). A drugi to definitywny koniec paliwa w baku. Wszystko spaliłem, a w każdym razie tyle, że nie dało się utrzymać tempa ok 3:36. Z resztą sam nie wiedziałem czy jego utrzymanie dało by mi życiówkę czy nie… Odpuściłem. Miałem ochotę stanąć lub chociaż przejść na chodu. Jak w Nowym Jorku. Tylko, że tam było to na 36-tym kilometrze. A tu biegłem dychę! Wiedziałem, że to głowa, bo nie musiałem się zatrzymywać. Zwolniłem więc i patrzyłem kątem oka jak inni mnie wyprzedzają. Z każdą sekundą było mi coraz bardziej wszystko jedno. Siłą grawitacji na ostrym zbiegu w dół udało się zamknąć 8-my km w 3:58. Starałem się wyliczyć na jaki czas mogę liczyć, gdybym teraz przyspieszył, ale dość szybko pogubiłem się w moim obliczeniach. Ale bądźmy szczerzy: na dyszce zwolnisz na moment i już jest po zawodach… Po nawrotce na bulwarze zobaczyłem Marcina Zygmunta i miałem cholerną ochotę na niego poczekać te 30 sekund. Po chwili rozmyślań postanowiłem jednak przyspieszyć. Wiatr nie wiał na szczęście. Mój zryw trwał może 30-40 sekund. Złapała mnie kolka i tyle było moich starań. Mój organizm mówił mi dobitnie: „Teraz to se możesz co najwyżej pośpiewać”. Biegłem więc w tempie ok. 3:50, pod koniec lekko przyspieszyłem. Straciłem kolejne 2-3 pozycje. Wyprzedził mnie Michał Palaschke i miałem ochotę go gonić, ale szybko sobie darowałem. W zasadzie czekałem na metę. Nawet zacząłem układać tekst na bloga. Trochę nawet przycisnąłem i na ostatniej prostej wpatrywałem się w zegar – w sumie nie mam pojęcia po co, bo nie miało to znaczenia. Linię mety przekroczyłem z czasem 36:38 netto. Podniosłem ręce w górę w geście mocno wątpliwego triumfu, ale to chyba wyłącznie na potrzeby zdjęcia finishera…

Stanąłem sobie z boku i poczekałem najpierw na Marcina, potem na Bartka. Mini sukces to, że po raz kolejny byłem szybszy również od Piotra Pietrzaka 😁 Odebrałem medal, pogadaliśmy i poszedłem odebrać worek z depozytu i poszliśmy z Bartkiem w stronę auta.

Sama organizacja biegu była bez zastrzeżeń. Oznakowanie, zabezpieczenie itp. wszystko było jak dotąd. I całe szczęście, bo już pod koniec marca odbędzie się tu znaaaaacznie poważniejsza impreza. Niemniej jednak Bieg Urodzinowy stracił swój urok. Tu w lutym 2015 starowałem po raz pierwszy w poważnej imprezie, a dziś być może po raz ostatni… Nie wiem… Zobaczę. Moooooże Bieg Europejski w maju…

Zapytacie mnie o buty… Są super, nie zmieniam zdania, ale jednocześnie dziś udowodniłem sobie, że jak brakuje Ci tchu i masz wszystkiego dosyć, to to, co masz na nogach schodzi na dalszy plan.

I tyle. Bez sukcesu, bez fajerwerków. Miało być pięknie, a wyszła dupa z majonezem. Ukończyłem na 52-giej pozycji oraz 10-tej w M40. (Tak… Mój oficjalny debiut w kategorii starszaków….). Po pokazuje jak bardzo zwolniłem w drugiej połowie, a w zasadzie na ostatnich 3 km. I patrząc na czasy poszczególnych km, mogłem te 35:59 nabiegać, przy odrobinie motywacji. Ale za szybko i zbyt mocno zrezygnowałem. A wtedy już nie ma odwrotu. Co można było zrobić? Biec spokojniej na plan minimum. Nie tracić energii na utrzymanie tempa 3:30 i potem wykorzystać to na szybszą końcówkę. Szału by nie było, ale efekt bym osiągnął. Tak jednak nie zrobiłem. Moje ego mnie pokonało – zlekceważyłem wiatr i poległem.

Powiecie, że 36:38 to i tak super czas. Na tle całości stawki: tak, z pewnością. Ale… równo 2 lata temu na prawie tej samej trasie pobiegłem 36:14. A moje wyniki na wszystkich innych dystansach w tym czasie znacznie poprawiłem.

Czy to boli? Boli. Nie ma dramatu, ale już po raz kolejny na dystansie 10km doświadczam gorzkiego uczucia porażki. Chyba to dla mnie najtrudniejszy dystans. Krótki i długi zarazem.  Biegnie się na granicy, bez marginesu, ale wystarczająco długo, żeby na prawdę się porządnie zmachać. Mówi się jednak: trudno . Life goes on. Kolejna lekcja i kolejne doświadczenie. Do następnego razu. Jakaś dycha z atestem na pewno gdzieś się znajdzie…. 🙂

 

 

Tags: , , ,

Related Articles

3 Komentarze. Zostaw komentarz

  • Opłaty za biegi systematycznie rosną; i czemu opozycja tego nie podnosi? 😉 Organizatorzy jednego z najbardziej niszowych biegów w Gdańsku podnieśli cenę do niecałych 50 zeta, ale „za to” znieśli podział na kategorie wiekowe pozostawiając wyłącznie open. Jeszcze gorzej jest w „biegach” rowerowych typu Żuławy Wkoło, gdzie ceny wywindowano do 200 PLN! Podsumowując „każdy orze jak może”.
    Bieganie w Gdyni ma i jeszcze tą wadę, że słynie ona ze znikomej ilości miejsc parkingowych. W listopadowych Biegach Niepodległości samochody parkują na chodnikach i ścieżkach rowerowych wzdłuż całej Al. Zwycięstwa daleko poza Wzgórze Św. Maksymiliana! Strach się bać co będzie się działo podczas marcowych mistrzostw świata 🙁

    Odpowiedz
  • […] pierwszy z poważnych startów tego roku, czyli Bieg Urodzinowy w Gdyni na 10km. Jak już pisałem tutaj startu tego nie zaliczam udanych, ale w głowie wszystko sobie poukładałem i jestem pewien, że […]

    Odpowiedz
  • […] na trasie z atestem – raz w lutym na 10km w Gdyni, co zakończyło się dość spektakularną porażką, a drugi raz to półmaraton w Gdańsku, zaledwie 2 tygodnie temu i tam akurat wyszło całkiem […]

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wypełnij to pole
Wypełnij to pole
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.
You need to agree with the terms to proceed

Trochę przegiąłem… czyli… głupie decyzje biegowe
Alternatywy 4… czyli… co zrobić jak Ci odwołają bieg
Menu