Maraton

Ból minie, wstyd zostanie… czyli… relacja z 47. Maratonu Warszawskiego

Brak komentarzy

Nie pamiętam, który to był kilometr. Może 24ty, a może 38ty… Mój mózg w drugiej połowie biegu przeszedł w tryb oszczędzania energii i prawdę mówiąc, z każdym kolejną minutą biegu moje możliwości poznawcze kurczyły się. Ale ten jeden transparent trzymany przez uśmiechniętą kobiętę przykuł moją uwagę: „Ból minie, wstyd zostanie”. To oczywista parafraza klasycznego hasła „Pain is temporary, glory is forever”, ale ta wersja zdecydowanie lepiej motywuje, odstraszając od wizji osobistej tragedii i wszechobecnego wstydu, zamiast zachęcać do wyduszenia z siebie absolutnych resztek sił ku wiecznej chwale maratończyka. Jednocześnie, choć człowiek pod koniec maratonu niewiele jest w stanie dostrzec i niewiele go obchodzi, jego mózg toczy zadziwiająco ożywioną wewnętrzną walkę o egzystencjalne decyzje z kategorii „tu i teraz”. W dużym uproszczeniu to starcie dwóch opcji: „Ja już naprawdę nie mam siły” oraz „dobrze, jeszcze kawałeczek spróbuję”. Wytrawni znawcy tematu wiedzą, że kluczem jest umiejętne oszukiwanie samego siebie. Im bardziej jesteś w stanie wmówić sobie, że jest inaczej niż jest, tym… coraz bardziej wchodzisz z ten wąski ciemny tunel mając nadzieję, że po drugiej stronie jest wejście do krainy wiecznej biegowej szczęśliwości z zatrzymanym czasem na Garminie, niekończącym się piwem bezalkoholowym, arbuzami i tym cudownym krawężnikiem, na którym można sobie wreszcie usiąść. Jaką ja podjąłem wtedy decyzję? O tym dowiecie się z poniższego wpisu.

Decyzję o starcie w Maratonie Warszawskim podjąłem jakoś w środku lata. Zapisałem się co prawda dopiero na sam koniec sierpnia, ale przygotowania rozpocząłem po urlopie w połowie lipca. Forma wyjściowa nie była ani przesadnie dobra, ani zła. Trzymałem jako tako poziom, ale fakty były takie, że 3 starty wiosenne były zdecydowanie poniżej oczekiwań: Półmaraton w Poznaniu, Maraton w Londynie czy Bieg Papiernika w Kwidzynie pod koniec maja – wszystkie dalekie były od poziomu życiowego, a całą genezę tej sytuacji opisałem w poprzednim wpisie.

Niemniej jednak zebrałem się w sobie i stwierdziłem, że jak nie teraz, to może już nigdy. Przygotowania w środku lata mają swoje plusy i minusy, ale z perspektywy chyba wolę jednak trenować mocno w okresie wolnym od chorób i wirusów i nie musząc na siebie wkładać 17 warstw ciuchów. Poza tym umówmy się: lato w tym roku jakoś przesadnie upalne nie było 😉

Cykl treningowy trwał w sumie 9 tygodni, nie licząc tygodnia samego startu. Objętościowo było bardzo stabilnie i zrealizowałem założenia biegania po średnio 85km na tydzień, z peakiem na poziomie 95 i niedzielnym wybieganiem 37km. Były interwały, sporo mocnego biegania w crossie, ale głównym elementem były właśnie long-runy w okolicach 30km.

Czy czułem się przygotowany? Wg mnie tak – może idealnie byłoby jeszcze potrenować w takim cyklu ze 2 tygodnie i dodać jakiś bieg kontrolny, ale wyszło jak wyszło. Bieg Westerplatte odpuściłem, bo wypadłby mi wtedy long z programu, a poza tym… nie podoba mi się nowa trasa i nie interesował mnie nic-nie-dający wynik na tym dystansie.

Oczywiście, jak na złość na kilka dni przed samym maratonem złapała mnie jednak jakaś drobna infekcja. Tragedii nie było, ale nawet w samym dniu startu nie czułem się w 100% zdrowy. Nie ma to jak na coś zwalić winę 🙂

Sama logistyka biegu – wskoczyłem w Pendolino w sobotę po południu, odebrałem pakiet w Pałacu Kultury, kolacja na mieście z kolegą, nocleg u Szwagra. Rano tramwajem na start, depozyt, 1,5km rozgrzewki, 2 wizyty w Tojtoju, wskoczyłem do strefy i ustawiłem się za Pacemakerem na 2:45. Tak, po raz pierwszy w życiu biegłem w maratonie gdzie mieliśmy zająców na czasy poniżej 3h. (ok, w Walencji był taki na 2:50 chyba). Tutaj Organizator zapewnił ich na czasy od 2:30 co 5 minut, co było naprawdę fajne.

Co do samego biegu…. Jak mówi Magda: „nie ma nudniejszej rzeczy niż oglądanie maratonu w TV. Biegną, biegną, biegną i dobiegli”. 🙂 Z zewnątrz oczywiście tak to wygląda, ale od środka coś tam się jednak dzieje. Plan był prosty – trzymać się pacemakera i grupy, nie martwić się splitami i zaufać ekspertom. Informacyjnie: żeby złamać 2:45 trzeba biec tempem 3:55. Moja dotychczasowa życiówka z Walencji z 2023 to 2:46:11 (tempo 3:56).

Rzeczywistość bardzo szybko okazała się jednak inna. Zając ruszył wg mnie za szybko i już po 5km mieliśmy 20sek nadwyżki – zapytałem go czy to dlatego, że początek jest z góry, ale w sumie nie wiem co mi odpowiedział. Grupa była jednak fajna i dobrze się biegło. Warunki były idealne, a profil trasy płaski. Zabawny był moment na 8tym km, gdy nagle wyprzedził nas… pacemaker na 2:50… obcokrajowiec, bodajże z Maroko. Chłopak chyba zupełnie nie rozumiał swojej roli i szybko sprowadziliśmy go na ziemię. Nasza grupka natomiast leciała w miarę równo, nawet ciutkę zwolniliśmy i połowę dystansu minęliśmy  w 1:22:22.

Natomiast to, co stało się później było dla mnie niezrozumiałe. Nie wiem na ile było to umyślne, zaplanowane działanie, a na ile „tak wyszło”, ale nasz pacemaker przyspieszył. Zamiast 3:55 zaczęliśmy mijać kolejne kilometry o ładnych kilka sekund szybciej. Padały one w 3:47-50 i tak dotarliśmy do krytycznej dla mnie fazy biegu, czyli pierwszych oznak zmęczenia. Na 25tym km zaczynało być już dość ciężko i wiedziałem, że niebawem zacznie się walka z głową, licząc, że nogi będą dalej w stanie same walczyć. Po kolejnych 3km nie mogłem już utrzymać tego tempa, mając na względzie ile jeszcze zostało do mety. Puściłem więc grupę, w sumie godząc się na porażkę i wizję biegu z przyzwoitym czasem, ale raczej nie życiowym. Zostałem sam, bo nawet w tak dużym, rekordowym maratonie z 10tys uczestników, na tym poziomie czasowym i w takim miejscu samego biegu, jeśli nie jesteś w grupie, będziesz biegł solo. Drobne przetasowania były. Wyprzedziłem kilka osób, ktoś mnie dogonił, ale generalnie „tłoku nie było”. Na szczęście po 30km była ostania nawrotka i z Bemowa mieliśmy już prosty odcinek „zaledwie” 12km i widniejącym na horyzoncie Pałacem Kultury, czyli linią mety.

W tamtym momencie zaczynało mi być wszystko jedno. Zawsze tak jest, gdy biegnie się taki dystans na granicy możliwości. Można sobie tylko pomarzyć, jak to jest biec na życiówkę czując, że ma się zapas przez cały czas. Ale tego komfortu nie miałem. Druga wkurzająca rzecz, to fakt, że czy biegnę 3:55 czy 4:05 zmęczony jestem tak samo i boli tak samo. Albo powiem nieco inaczej – czujesz, że musisz zwolnić do 4:05, ale ulgi to nie przynosi. Natomiast powrót do 3:55 jest już samobójstwem i wydaje się niemożliwy… Kolejne kilometry zaczęły więc wpadać po 4:00 z hakiem…

I tu wracamy do początku mojego wpisu. Walka odbywała się w głowie, jednocześnie modląc się, żeby nie odcięło zupełnie prądu. Wiadomo, pokusa, żeby po prostu stanąć i powiedzieć, że mam to wszystko w dupie, była przemożna. Lub myśli, że takie 2:48-49 to też nie będzie zły wynik. Niedosyt pozostanie, ale przynajmniej będę cierpiał ciutkę mniej. Czy tak jest faktycznie? Czy umyślne odpuszczenie minuty czy dwóch na samym końcu cokolwiek daje, poza olbrzymim kacem na mecie? Zamykałem więc oczy, słońce było już wysoko na niebie i świeciło prosto w twarz. Przede mną kolejne skrzyżowania, wiadukty, liczni kibice. Cały czas popijałem wodę i izo na punktach. Żele brałem na starcie, 10, 20 i 30. km. Czułem jak najmniejszy paznokieć na lewej stopie postawił oddzielić się od swojej matki i rozpocząć życie na własny rachunek. A w głowie bezustanna matematyka. Wiecie jak trudno jest dodawać i odejmować sumy czasów odcinków, żeby móc cokolwiek założyć i zorientować się na jaki czas mam jeszcze szansę? A przed oczami nadal ciemny bezkresny tunel. I wtedy przypominam sobie owe hasło… „Ból minie, wstyd zostanie”. Wstyd sam przed sobą. Czy naprawdę chcę ukończyć z wynikiem kilku-kilkunastu sekund od życiówki?

Wszystko było więc na granicy. Traciłem cenne sekundy i to co zyskałem między 21 a 28km już dawno wyparowało. 8 sekund z pierwszej połówki również. Ale… biegnąc po 4:00 z hakiem nie traci się znowu aż tak dużo. Na 5km do mety (a dokładniej, po 200 metrach po znaczniku 37.km) wiedziałem, że jeśli pokonam ten dystans w jakieś 20min z hakiem, to będę w poziomie między 2:45 i 46. I wtedy wyprzedza mnie… Pacemaker na 2:50! Znowu. Radosny i jakże zadowolony z siebie. Zanim leci jeden zawodnik. Jeden. I idę o zakład, że nie był on z grupy na 2:50, tylko podczepił się przed chwilą… Ech… żal mi się zrobiło tamtej całej grupy, bo umówmy się: rozwalił im bieg kompletnie.

Ale zaraz zaraz… a moja grupa? Gdzie ona teraz może być? Już nawet jej nie widzę dokładnie. Musi być z dobre 2 minuty przede mną. Nie ma szans, żeby mój pacemaker celował w 2:44:59, chyba, że przed Pałacem Prezydenckim postanowił sobie zrobić przerwę. Na przykład na snusa.

Wbiegliśmy do ścisłego centrum, Stare Miasto, Krakowskie Przedmieście. Wyprzedzam kolejne 2 osoby. 2km… Przed oczami nadal ciemny tunel. Kolejne metry, kolejne kroki. 1500m…. Ostatni zakręt.. 1000m. W oddali widać metę. Przyspieszam. Choć ciutkę, choć odrobinę. Urwę te kilka sekund. Na ziemi wymalowane: 800m, 600m… Zamykam oczy. Dookoła hałas, okrzyki, muzyka, spiker… Jestem w sumie sam na trasie. Najbliższy biegacz przede mną jest już na mecie, a za mną chyba ktoś biegnie, ale też samotnie. Rozpędzam się do absolutnie maksymalnie dostępnej prędkości, zamykam oczy, wyobrażam sobie, że wbiegam na metę domowego parkruna… i… jest. Koniec. Meta.

Zegarek zatrzymuję na 2:45:37. Potem w oficjalnych wynikach widnieje 2:45:40 netto. I nie wiem gdzie doliczyli mi te 3 sekundy…. a może czas w Warszawie płynie inaczej ? 🙂

Anyway… biję życiówkę o ponad pół minuty. To z jednej strony bardzo mało. Z drugiej zaś… Na moja obronę:

  1. To nie był dobrze poprowadzony bieg. Nic nie zapowiadało, że pacemaker na 2:45 postanowi zrobić negativa i polecieć drugą połowę o 2minuty szybciej. Być może kilku twardzieli z nim zostało. Ale na pewno nie cała 20 osobowa grupa. Mogłem puścić grupę na 22.km. Ale skąd mogłem wiedzieć co się wydarzy.
  2. Drobna infekcja, choćby nie wiem jak ją ignorować, zawsze ma jakiś wpływ. Tak samo jak 100 innych mniejszych czynników. Na jedne ma się wpływ, na inne już nie.
  3. Mam 45 lat. Pobiegnięcie maratonu w 2:45 i pobicie własnej życiówki na tym poziomie nawet symbolicznie, to jednak jest mały osobisty sukces. Byłem 113. na mecie. Za mną prawie 10tys biegaczy.
  4. Możecie się śmiać… ale otarłem się o podium Mistrzostw Polski Blogerów w Maratonie. Byłem 4ty. A przede mną takie osobistości świata biegowego jak Darek Nożyński czy Bartek Olszewski.

Dodatkowo: zerknąłem sobie na moje życiówki z ostatnich 10 lat. I  choć początkowo wysypywały się one jak z rękawa, to nawet patrząc na rezultaty od ukończenia 40.urodzin, nadal poprawiam się co najmniej na jednym dystansie rok w rok. W zeszłym roku był to półmaraton, w 2023 maraton, w 2022 5tka i dyszka. Chyba więc jeszcze ten moment zwrotny nie nastąpił.

I tyle. Z występu w Warszawie jestem z siebie bardzo zadowolony. Na pewno mogę biegać szybciej ten dystans. Myślę, że stać mnie na 2:43. Czy spróbuję? Nie wiem. Nie muszę wiedzieć i nie muszę próbować. Ale mogę. 🙂

 

Tags: Maraton, personalbest, życiówka

Related Articles

Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.
Piąty element… czyli… relacja z TCS London Marathon 2025