Biegi

“Ale że taki prawdziwy?” czyli… o pierwszym starcie po przerwie

Brak komentarzy

Już wiem czego mi brakowało w prowadzeniu bloga podczas pandemii i lockdownu! Samopiszących się tematów na bloga, czyli relacji ze startów. Jak się biega w zawodach 2-3 razy w miesiącu, to zawsze jest co opisać. I zwykle wygląda to bardzo podobnie: przyjechałem, odebrałem pakiet startowy, zrobiłem rozgrzewkę, odwiedziłem Tojtoja, przybiłem piątkę Stefanowi i Ździchowi w strefie startowej… Potem pobiegłem i dobiegłem, zwykle się zmęczyłem, czasem zrobiłem życiówkę, a czasem nie… Bywa i tak, że coś się wygrało psim swędem w swojej kategorii. Albo chociaż w loterii fantowej w oczekiwaniu na dekorację zwycięzców. I potem pojechałem do domu, wziąłem prysznic i zjadłem obiad. I tak w kółko. Generalnie nuda, panie.

Chyba, że… Nie biegasz w zawodach przez 4 miesiące. Nikt nie biega. Co najwyżej wirtualnie, wokół trzepaka. Trochę wtedy zaczyna tych startów brakować. A potem co raz bardziej i bardziej i już człowiek zaczyna dochodzić do wniosku, że biega dla zdrowia, albo, żeby spędzać czas ze znajomymi! Albo do niczego nie dochodzi i biega bez sensu i celu, albo w ogóle przestaje biegać. Taki biegowy ślepy zaułek czy z angielska “dead-end”

Ale… z odsieczą przyszła decyzja o odmrażaniu wszystkiego i, pomimo szalejącej pandemii, spotykać się można w grupie do 150 osób. No to ciach, robimy zawody do 150 biegaczy. Wydawało mi się to nierealne. Może podejrzewałem, że jeszcze w czerwcu wróci parkrun w formule kto pierwszy ten lepszy (nie na mecie, tylko na starcie… i to tam gdzie zbierze się taka ilość biegaczy i start falami). Ale parkrun dzielnie czeka i rozumiem taką decyzję, bo niesie to za sobą pewną odpowiedzialność. A w międzyczasie to lokalny cykl  “Kaszuby Biegają” i “Żukowska ‘5″ czy też formalnie “Bieg pamięci 66 Kaszubskiego Pułku Piechoty” okazał się pierwszą imprezą, która odbyła się w realu. No się zapisałem i pobiegłem! 🙂

Na początku trochę nie wierzyłem, że to w ogóle się uda. 3 fale startowe. Limit 150 osób, więc przypada po 50 osób na falę. Tylko, że przy zapisach nie było żadnej deklaracji, ani przypisania do strefy startowej, więc podział mógł wyjść nierówny. Fale startowały co 2 godziny (10:00, 12:00 i 14:00), z czego ostatnia miała należeć do biegaczy, którzy deklarowali czas poniżej 24minut na 5km. No to tam też wybrałem… A podział na fale startowe wypadł zaskakująco równy… 🙂

Fajnie, że bieg bliziutko, bo w Żukowie, czyli rzut beretem od Gdańska. Po drodze zabrałem Maćka i po numer startowy i chip zameldowaliśmy się o 13:15. Żar lał się z nieba, ok 26 stopni w cieniu, ale takowego na podmiejskim stadionie nie uświadczysz. Pełna patelnia. Od razu też zorientowałem się, że popełniłem błąd – nie sprawdziłem jaka w ogóle to jest trasa. Nie wiem czemu wyobraziłem sobie bieg płaski po asfalcie lub kostce… i wybrałem oczywiście Nike Zoom Fly 3 z bieżnikiem na podeszwie gładkim jak slicki Lewisa Hamiltona. A tu psikus! To bieg trailowy! Mix kopnego piachu, gruzu, kamieni, ubitej gruntowej ścieżki i wysuszonego trawnika. Wszytko ubrane w ok. 1660 metrową pętlę, biegniętą trzykrotnie. Z jednym wielkim zbiegiem po piachu i kamlotach i jednym ostrym podbiegiem. Po kamieniach oczywiście. Jak to w Tatrach, tfu, na Kaszubach.

Zrobiliśmy zapoznanie z trasą robiąc z Maćkiem jedną rundkę. Zlani potem wróciliśmy do auta po zapas wody. No cóż… zidentyfikowałem co najmniej kilka powodów, dla których to nie mógł być szybki bieg: temperatura, nawierzchnia, profil trasy, ilość ostrych zakrętów. No i buty. Bo w takich warunkach karbonowa płytka w podeszwie dawała tyle, co nic.

Sam start był dość ciekawy, bo był nakaz noszenia maseczek, z czego może ze 3 osoby takową miały na sobie. W tym ja. Waleczni wojownicy tłoczyli się tradycyjnie w 3 pierwszych liniach, rozpychając się łokciami i pomimo próśb spikera, żeby utrzymywać dystans, dalej ściskali się przekazując sobie nawzajem olbrzymie ilości potu. Oby tylko. Widocznie tego im najbardziej brakowało.  A na przykład łabędzie z tytułowego zdjęcia to potrafią trzymać dystans, choć nikt im tego robić nie kazał. Tak czy siak, mnie zadowoliła 3 linia, gdzie było znacznie luźniej. A z przodu sami silni zawodnicy, z kaszubską elitą na czele.

Ruszyliśmy. Coś na kształt triathlonowej pralki, czyli masy kotłujących się nóg, ale nie w wodzie, lecz w tumanach kurzu. Zdjąłem maseczkę. Przede mną jakieś 20-25 osób. To chyba była połowa stawki. Bardzo im wszystkim było spieszno do mety. Ja odczekałem swoje, znalazłem sobie trochę miejsca  i rozpocząłem procedurę wyprzedzania. Z przodu lokalna elita zaczęła uciekać. Raz po razie pod koniec pierwszego kilometra usadowiłem się na 9-tym miejscu i tak przebiegłem też drugi kilometr zbliżając się sukcesywnie do 2 zawodników przede mną.  Ja czekałem na ostry podbieg, w cieniu drzew, gdzie przypuściłem skuteczny atak, najpierw na jednego i po 40 metrach na drugiego. Skutecznie. Potem wystarczyło zwiększyć bezpiecznie dystans i lecieć dalej. Przede mną na 6-tej pozycji biegł Kacper Kąkol czyli Biegowy Świr, ale znając jego życiówki, pesel oraz oceniając stratę, uznałem, że na tym zakończymy ściganie o złote kalesony. Przebiegłem więc ostatnią pętlę w takim samym tempie, co dało średnią 3:40. Pod koniec zaczęło się dublowanie zawodników, na szczęście tłoku nie było 🙂 Nawet buty dały radę i nie ślizgałem się na kamieniach, ani nie zakopałem się w kopnym piachu jak ciężarówka na Rajdzie Dakar.

I tak dobiegłem do mety. Dystans z zegarka: 5030m. Czas: 18:25. Miejsce Open: 7. Bez szału, ale też bez wstydu.  Zgarnąłem pierwsze miejsce w kategorii wiekowej 40-49 (Jezuuuuu, ale ja stary jestem!!!), choć formalnie w tej samej kategorii szybszy był zawodnik, który dobiegł na 3cim miejscu.

Tak czy siak, prawie półmetrowy plastikowy puchar przypadł mnie. Przed ceremonią zdążyliśmy z Maćkiem skosztować smażonej kiełbasy i strzelić ze dwie sweetfocie. Sama dekoracja odbyła się szybciutko, zaledwie godzinę po starcie biegu. Bardzo mi się to podobało. Bez ton łez wzruszenia,  wywiadów i niekończących się dywagacji z innymi biegaczami na temat przyczyn porażki, sukcesu lub co tam sobie kto myślał o swoim starcie, zmyliśmy się więc do rozpalonego do czerwoności samochodu.

W domu wziąłem prysznic i zjadłem obiad. Standard.  I tyle.

Jest jednak coś o czym muszę wspomnieć i podkreślić: bardzo się cieszę, że mogłem pobiec w tym biegu. Malutkim i bardzo lokalnym, ale tak na prawdę wszystko, no prawie wszystko, było takie jak być powinno. Z głośników na stadionie leciało dicho, w powietrzu roznosił się zapach smażonej kiełbachy, na mecie połowa facetów latało w gołymi torsami. Nie było depozytu oraz uścisków dłoni na dekoracji. Reszta była całkiem zwyczajna. Może nawet serducho zabiło ciut mocniej na linii startu…I fajnie. Bo dobrze sobie pobiegać z innymi… 🙂

Tags: , , , , , ,

Related Articles

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Fill out this field
Fill out this field
Proszę wprowadzić prawidłowy adres email.
You need to agree with the terms to proceed

“Breaking 80″… czyli… spraw sobie życiówkę na półmaratonie
Menu